Singapur – relacja z miasta lwów

Singapur, otoczony sławą bogactwa, okazuje się nie taki, jak go malują. Dajemy sobie pięć dni na wtopienie się w azjatyckie życie, którego jeszcze w podróży porządnie nie zaznaliśmy. Sprawdzamy gdzie jadają miejscowi, uczymy się jeść pałeczkami i rękoma, obserwujemy pędzących do pracy biznesmenów, wpatrzonych w telefony nastolatków i wypoczywających przy kawie staruszków.

Pożegnanie z Australią

12 września wylatujemy z Australii. Chociaż pokochaliśmy ten kraj całym sercem, nie lecą nam łzy pożegnania. Chcemy już przeczytać kolejne rozdziały książki i poznać nieznane odmęty świata.

Samolot do Singapuru startuje o 6.00 rano z lotniska w Darwin. Oznacza to pobudkę w środku nocy. Niewyspany organizm potrzebuje dużo więcej skupienia, żeby ustrzec się przed niechcianymi błędami i wpadkami. Paszporty są? Portfele są? To najważniejsze. Pierwsza kontrola przechodzi gładko. Po niej jednak zatrzymuje mnie celnik i oznajmia miłym głosem: „Przeprowadzę badanie na obecność materiałów wybuchowych, to losowa, wybiórcza kontrola, miała Pani już kiedyś taką? Proszę otworzyć plecak”. Mija kilka sekund zanim przetwarzam, czego Pan ode mnie chce. Ten przejeżdża pałką wzdłuż i w szerz i upewnia się, że raczej marna ze mnie terrorystka. Na tym jednak nie koniec przygody lotniskowej. Jako obcokrajowcy musimy jeszcze raz przejść kontrolę bagażu podręcznego. Tego nie przewidzieliśmy, więc już po pierwszej kontroli napełniliśmy nasze puste bidony wodą. Celniczka cofa mnie z taśmy, a jak tylko wracam z opróżnionymi ponownie butlami, zostaję skierowana do maszyny skanującej całe ciało. Wchodzę do komory, ręce do góry jak przed policją, w środku poruszające się w lewo i w prawo skanery. „Ruszyła się Pani, nie powinna, ale ok, przeszła Pani test”. Pomiędzy tymi wszystkimi kontrolami Piotrek poszukiwany jest z powodu zagubionego portfela. Już trochę odpraw przeszliśmy i jeszcze nigdy nam się nie zdarzyło tyle atrakcji na lotnisku. Jedno, że niewyspanie dało nam w kość, drugie… To chyba australijskie lotniska budzą lekki stres przez swój rygor zarówno przy wjeździe jak i wyjeździe.

Singapur – brama do Azji

Widok na Marina Bay, po lewej słynny hotel z basenem na dachu - Marina Bay Sands

Widok na Marina Bay, po lewej słynny hotel z basenem na dachu – Marina Bay Sands

Singapur to dla nas brama do Azji. Wcześniej byliśmy tylko sześć dni w Manili – stolicy Filipin, więc nadal uznajemy Azję za nieznaną, inną, intrygującą i pełną wyzwań. Przygodę w tym mieście – państwie zaczynamy od stopowania z lotniska do mieszkania naszego Couchsurfingowego hosta – Bryana. Już pierwsze auto zatrzymuje się i starszy pan, kierowca, opowiada nam jak żyje się w Singapurze. Mówi, że edukacja jest najważniejsza, bez dobrych studiów nie ma szansy na dobre pieniądze w przyszłości. Każdy dba o swoją karierę i to pod nią dostosowuje wszystkie inne dziedziny życia. Oprócz tego dowiadujemy się, że panuje moda na tatuaże i kolczyki, młodzi ludzie wieczorami imprezują, starsi siedzą w domach. Jak większość kierowców, którzy nam pomagają, i ten pyta o nasz zawód, co jest jednoczesnym pytaniem o to czy mamy dużo pieniędzy. W takich sytuacjach słowo inżynier pomaga nam czasem uniknąć zbędnego tłumaczenia.

Bryana nie zastajemy w domu, ale wita nas jego wychudzony i przesympatyczny tata w towarzystwie gosposi. To on poleca nam kilka miejsc, które warto zwiedzić i dyskutuje o naszej podróży, jedzeniu i polityce w innych, azjatyckich krajach. Gosposia – Indonezyjka, mówi tylko trochę po angielsku, więc większość czasu po prostu szeroko się do nas uśmiecha i na każde „dziękuję” odpowiada „ok”. :). Bryan, po powrocie do domu, zabiera nas na osiedlowy Food Court, czyli miejsce, gdzie stołują się miejscowi. Wygląda to jak wielka stołówka. Wzdłuż jednej ściany rozciąga się szereg stoisk z potrawami z różnych, azjatyckich krajów. Pełni determinacji, walczymy z pałeczkami. 🙂

Tradycyjny Food Court

Tradycyjny Food Court

Mało kto je śniadanie w domu

Mało kto je śniadanie w domu

Little India i Chinatown

Z pełnymi ryżu i nudli żołądkami wsiadamy do metra i ruszamy na pierwsze spotkanie z miastem. Singapur jest bardzo młodym krajem, więc jego kultura to mieszkanka kultur narodowości, które tam mieszkają, głównie Malezji, Chin i Indii. Na początek decydujemy się na dzielnicę Little India, gdzie na małym obszarze dostajemy urywek tego, jak naprawdę wygląda kraj Hindusów. Jest kolorowo, panie przechadzają się w tradycyjnych ubraniach, sklepikarz wciska nam kaszmirowy szalik. „Tylko 5 dolarów, prawdziwy kaszmir”. „Co to do cholery jest kaszmir?” – pyta po wszystkim Piotrek.

Targ w dzielnicy hinduskiej Little India

Targ w dzielnicy hinduskiej Little India

Z Little India spacerujemy w stronę Chinatown. Ależ tam kiczowato. Wzrok przykuwają kolorowe, ogromne ozdoby zawieszone nad główną ulicą. Nie mam pojęcia czy wiszą tam cały rok, czy teraz, na specjalną okazję. To właśnie w Chinatown znajdujemy najtańsze dotąd miejsce na jedzenie, gdzie porcja mięsa, dwa rodzaje warzyw i ryż kosztują 8 zł. Singapur jest niestety drogi, więc żeby ustrzec się przed wysokimi kosztami, uczymy się wyłapywać miejsca, gdzie jest dużo miejscowych, nie turystów.

Chociaż nasz plan na dzisiejsze popołudnie zakłada jeszcze dłuższy spacer, postanawiamy dać sobie odpocząć i wróciliśmy do domu. Te kilka kilometrów nam wystarczy, a przed nami kolejny, długi dzień. Jeden wniosek jest taki: Singapur wcale nie okazuje się miastem oszklonych wieżowców, nie pokazuje nam się, jako miejsce dla bogaczy. Wręcz przeciwnie, widzimy wiele typowych, azjatyckich, małych knajpek, gdzie mieszkańcy chodzą na kawę i owocowe soki, widzimy kolorowe stragany ze „wszystkim”, starszych ludzi śmigających na rowerach. Może na wielkomiejskość Singapuru przyjdzie jeszcze czas.

Ogród Botaniczny

Ponieważ przyroda zawsze daje nam poczucie szczęścia, w naszej krótkiej wycieczce nie możemy pominąć zwiedzenia Ogrodu Botanicznego, który został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nazwa robi reklamę, tego nie da się ukryć. Park jest ogromny, można do niego wejść bez opłaty (jedynie do ogrodu z orchideami trzeba kupić bilet). Nie znamy się na roślinach, ale bardzo nam się podoba tamtejszy klimat. Można błąkać się pomiędzy różnymi ogrodami. Najciekawszy według nas był Fregrant Garden, gdzie pielęgnowane są rośliny o specyficznych zapachach. Bardzo chcieliśmy zobaczyć Healing Garden, w którym podobno można zostać uzdrowionym z różnych dolegliwości. Informacja podaje, że konkretne gatunki roślin wpływają pozytywnie na organizm, lecząc go między innymi z reumatyzmu czy bólu mięśni. Niestety nie dane nam jest skorzystać z darmowego sanatorium – akurat tego dnia tygodnia (wtorek) ogród jest zamknięty.

Ogród Botaniczny - przyrodniczy zabytek UNESCO

Ogród Botaniczny – przyrodniczy zabytek UNESCO

Marina Bay – pocztówkowy Singapur

Dopiero tego wieczora odkrywamy Singapur znany wszystkim z internetowych obrazków. Nie ukrywam, że widok robi na nas ogromne wrażenie. Nie jesteśmy wielbicielami miast, ale nowoczesna panorama centrum, w nocy wygląda nieziemsko. Umawiamy się z Bryanem, naszym hostem, na oglądanie tańczących fontann z pokazem świateł nad zatoką. Za nami sława Singapuru – hotel z basenem na dachu Marina Bay Sands, przed nami zatoka z pomnikiem lwa, tryskającym wodą. Ponieważ przychodzimy równo z rozpoczęciem pokazu, siadamy sobie po cichu na ziemi, przed kilkunastoma rzędami widzów wgapionych w obraz rzucony na wodę tryskającą z fontann. Piotrek pożycza od Bryana statyw, więc może spokojnie nagrać to, co się dzieje. Przedstawienie kończy piosenka „Wonderful world”, co wprowadza wszystkich w radosny stan ducha.

Pokaz świateł w Marina Bay

Pokaz świateł w Marina Bay

To jednak jeszcze nie koniec atrakcji tego dnia. Zaraz po tym pokazie, tuż obok, w Gardens by the Bay, rozpoczyna się kolejny. Ten już bez fontann. Gardens by the Bay to także jedno z głównych miejsc do odwiedzenia w Singapurze. Same ogrody to jedna atrakcja (płatna), jednak na placu przed nimi znajduje się przedziwna, artystyczna kompozycja magicznych drzew (Supertree Grove). Są to sztuczne, wysokie na kilkanaście metrów drzewa, które tak naprawdę nie wyglądają jak drzewa. W nocy oświetlone są jak lampki choinkowe. Podczas pokazu ludzie kładą się na ziemi, żeby widzieć migoczące w rytm muzyki neony. Podkład muzyczny to seria hitów z przeróżnych kategorii – od tanecznych lat 60. po operowe arie. Jest pięknie! 🙂

Supertree Grove - wieczorny pokaz świateł

Supertree Grove – wieczorny pokaz świateł

A po tym wszystkim Bryan i jego (prawie) dziewczyna wyśpiewują wszystkie piosenki Singapuru po kolei. Okazuje się, że co roku w Singapurze, na święto państwowe, komponowana jest pieśń. Niektóre są bardzo wzniosłe, przy innych aż chce się klaskać i tupać nóżką. Bryan to bardzo w porządku gość. Dużo opowiada nam o Japonii, gdzie jeszcze niedawno spędził kilka miesięcy pracując na farmie w zamian za mieszkanie i wyżywienie. Bardzo miłe jest to, jak prosi: noo, opowiedzcie mi coś o Polsce! To on jako pierwszy pokazuje nam co się je w Singapurze, jak się je pałeczkami, jak działa komunikacja miejska, na początku daje nam nawet własne karty przejazdowe. Na nasze ulubione pytanie: czemu robisz Couchsurfing, odpowiada krótko: tyle dobroci dostałem od ludzi podczas podróży po Japonii, że teraz chcę się odwdzięczyć. To młody, 24 letni chłopak, którego marzeniem jest rzucić wszystko i ruszyć w daleką podróż. Niestety singapurskie wychowanie nakazuje myśleć tylko o karierze. Zwłaszcza płeć męska musi się na tym skupić, bo odbywając dwa lata służby wojskowej, mężczyźni są dwa schodki niżej od kobiet, które w tym czasie pną się wysoko, zdobywając doświadczenie.

Jak zawsze ciekawy temat polityki musi zostać przysłonięty ironią i tajemnicą. W Singapurze nawet najmniejszy wyraz niezadowolenia z władzy grozi więzieniem. Dlatego też wszyscy wyrażają się poprawnie o partii rządzącej, lekko tylko wspominając że od kilkudziesięciu lat rząd się nie zmienił.

Co nas zaskoczyło w Singapurze

Singapur ma niesamowicie dobrze działający transport publiczny. Chcąc, nie chcąc musimy z niego korzystać. Nawet jeśli uwielbiamy chodzić i odległości kilku kilometrów w mieście nie są nam straszne, czasem po prostu musimy. Nigdy bym nie pomyślała, że ludzie w metrze mogą być tak intrygujący. Gapię się na nich bez końca i analizuję. Zadziwiające jest to jak każdy, co do jednego, całą drogę siedzi wgapiony w telefon. Jedni grają w gry, inni przeglądają po kolei wszystkie portale społecznościowe (facebook to nie wszystko, trzeba też sprawdzić co tam na Twitterze i Google+). Niektórzy oglądają filmiki na youtube albo po prostu cieszą mordkę wymieniając się wiadomościami. Taki świat.

Nasza rozrywka w Singapurze - obserwowanie ludzi w metrzeMożna by się tłumaczyć, że jedzie się samemu, więc szkoda tracić czas na bezczynne siedzenie. W porządku. Tylko co powiedzieć na to, że dwaj kumple stoją obok siebie, rozmawiają i jednocześnie pstrykają w telefonie ze słuchawkami w uszach. Telefon oczywiście już podłączony do power banku, bo na cały dzień internetowania bateria na pewno nie wystarczy.

Co dalej? Taki człowieczek wysiada z metra i idzie tunelem do wyjścia lub innej linii, nie patrzy przed siebie, cały czas gapi się w ekran. Jestem pełna podziwu, jak oni wszyscy się zgrabnie wymijają i patrząc w dół wcale na siebie nie wpadają. Niesamowity naród. Niewielki procent osób, które nie mają potrzeby śledzić Internetu non stop, czyta książki. Najczęściej w oczy rzucają się poradniki o samodoskonaleniu i dbaniu o swoje zdrowie. Wszystko po to, żeby być lepszym, przez to i bogatszym, a przy tym wszystkim nie zwariować i dbać o swój organizm.

Jeżdżąc komunikacją miejską można zauważyć jak bardzo Singapurczycy są porządni i poukładani. Czekając na pociąg ustawiają się w specjalnie wyznaczonych polach po prawej i lewej stronie drzwi, pozwalając przejść wysiadającym. Grupa wysiadających układa się w kolejkę do schodów ruchomych, a będąc już na nich, wszyscy starają się trzymać jednej strony, żeby pozwolić wchodzić po schodach tym, którzy się spieszą.

Na większych, miejskich stacjach autobusowych, przygotowane są barierki, pomiędzy którymi tworzy się kolejka do konkretnego autobusu. Kto się pierwszy ustawi, na pewno wejdzie pierwszy. Bez przepychania. Ludzie są wygodni i nie lubią się do siebie zbytnio zbliżać – nie upychają się jak sardynki, żeby pozwolić wsiąść jeszcze kilku osobom więcej.

Zetknięcie z kulturą Sri Lanki w Singapurze

Przez kolejne dni, w wielkim mieście gości nas młoda rodzina ze Sri Lanki. Dwójka programistów z dwuletnią córeczka. Przyjechali do Singapuru po lepszą pracę, ale nie chcą tu żyć wiecznie. Oszczędzają ile się da i za kilka lat wrócą do siebie, do rodziny, tam czują się dobrze. „W Singapurze każdy dzień wygląda tak samo. Praca, dom, praca, dom, w piątek wieczorem spotkanie z kumplami” – mówi z żalem w głosie Dulip, nasz host. Wieczorem, to znaczy około 23.00, bo z pracy wraca się zazwyczaj o 20.00 (jeśli nie ma żadnego błędu do znalezienia w napisanym w kodzie programu). Nasi hostowie wychodzą z domu o 8.00 i wracają też o 8.00. Tak wyćwiczyli małą w drzemkach, że do północy biega pełna energii. W ten sposób mogą spędzić z nią trochę czasu, a resztę dnia Mindi jest pod opieką całodobowej niani.

Dulip i Ane są przekochani. Dbają o to, żebyśmy się dobrze czuli, a najlepszy jest tekst dziewczyny po kolacji: „zjedz więcej”. Jak u babci. :). Mówią, że na Sri Lance tak mają, każda kobieta tak mów. Dzięki nim mamy okazję spróbować ich tradycyjnej kuchni, która składa się głównie z różnego rodzaju ryżu i mięsa z curry. Nawet na śniadanie. Oczywiście dla nas wszystko przygotowane jest dwa razy mniej pikantne. Mimo to, pali jak cholera…

Dzięki nim wiemy już trochę o Sri Lance

Dzięki nim wiemy już trochę o Sri Lance

Mieszkając z nimi, wykorzystujemy nasze położenie i wybieramy się na wycieczkę do Coney Island. To mała wyspa na północy Singapuru, na którą da się wejść pieszo przez most. W godzinę można ją przejść spacerem i wyjść w innym miejscu miasta. To dobra odskocznia od miastowego gwaru. Wyspa jest pełna drzew i plaż.

Wspominałam, że piątek to dla Dulipa dzień spotkania z kumplami. Łapiemy się na nie i my. Odwiedzamy Erica, który mieszka z kilkoma innymi kolegami, dwa bloki dalej. Jacy oni zainteresowani naszymi opowieściami! I to nie koniecznie tylko o podróży. Gromadka mądrych chłopaków zadaje nam bardzo trudne pytania typu: „Powiedzcie mi, bo ja nie bardzo rozumiem, dlaczego Polska nie walczyła u boku Rosji, skoro i oni i Wy byliście przeciwko Niemcom”. Może to brzmieć głupio, ale oni naprawdę mieli dużą wiedzę o tym, co się teraz dzieje w Europie. Historii też uczyli się sami, nie mówili tego wszystkiego w szkole, stąd te braki. Dużo im opowiadamy o Polsce, jesteśmy całkiem dobrymi ambasadorami naszego kraju w tej podróży. Dowodem na to jest wiadomość od Dulipa dzień po naszym wyjeździe: „Po spotkaniu z Wami marzy nam się zobaczyć Polskę”. Wyobrażacie sobie naszą radość? 🙂

Daria

2 odpowiedzi do artykułu “Singapur – relacja z miasta lwów

    1. Świat jest książką Autor

      Dzięki Jarecki! Bardzo mi miło. Gratuluję, że miałeś odwagę tutaj napisać 🙂 Fajnie usłyszeć Twoją opinię. A co do zdjęć: akurat z Singapuru mamy bardzo mało. Poczekaj na Japonię 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow