Rok w podróży – mamy przyjaciół na świecie

Wow! 365 dni tułaczki za nami! 26 listopada, dokładnie rok od opuszczenia polskiego domu, siedzimy sobie w japońskiej, górskiej wiosce Tsuwano i uśmiechamy się do siebie myśląc: ale mamy piękne życie. Podróżujemy, żeby poznać ludzi, przez to kraj, a nie na odwrót. Poznajcie osoby, które odegrały ważne role w naszej rocznej tułaczce przez dziewięć krajów świata. Przeczytacie tu też o tym czego się nauczyliśmy z każdym kolejnym krokiem. Na końcu odpowiadamy na najczęściej padające w naszym kierunku pytania, czyli przede wszystkim – kiedy wracamy do domu. 🙂

Polska

26 listopada 2015

Noc przed wielkim wyjazdem była niezbyt przespana. Od rana stres mnie tak zżerał, że ciężko było dopasować do siebie dwie połówki kanapki. Czym się stresowałam? Nie wiem konkretnie, ale coś mi w środku cały czas mówiło: kiedy już dotrzemy do Australii, to dalej będzie tylko lepiej!

If you are brave enough to say goodbye, life will reward you with a new hello.” [Jeśli jesteś wystarczająco odważny by powiedzieć żegnam, życie nagrodzi cię nowym dzień dobry.] – któż inny mógłby to być jak nie P. Coehlo 🙂

Polska flaga zawsze z nami

Polska flaga zawsze z nami

Węgry – Budapeszt

26 – 28 listopada 2015

27 listopada 2015

„Czy znasz to uczucie, gdy budzisz się rano i nie masz nic zaplanowanego, żadnych obowiązków i zobowiązań? Ja też nie. Dzisiaj jest ten pierwszy dzień. Coś niesamowitego!” – napisał Piotrek na pierwszej stronie swoich podróżnych zapisków.

Zjednoczone Emiraty Arabskie

28 listopada – 4 grudnia 2015r.

28 listopada 2015

Już od przylotu pozytywnie rozpoczyna się nasza przygoda. W ostatniej chwili zgłosił się do nas Ahmed, chłopak z Couchsurfingu i zaoferował, że odbierze nas z lotniska. Nie może nas u siebie gościć, ale chce się po prostu spotkać. W ten prosty sposób zyskaliśmy najlepszego kumpla w wielkim Dubaju”.

Ahmed to 23 letni Egipcjanin urodzony w Dubaju. Pracuje dla linii lotniczych Emirates. Szybko okazał się być naszą bratnią duszą. To on uratował nas od przytłaczającego obrazu wieżowców i dróg bez możliwości wejścia na nie pieszo. Wczoraj dostaliśmy od niego kolejną porcję zdjęć z jego nową, gruzińską, ognistowłosą dziewczyną. Tak właśnie utrzymujemy kontakt, wysyłamy sobie fotki i nawzajem sobie zazdrościmy. On lata swoją linią lotniczą gdzie tylko zechce z 40% zniżką! Śledzi naszą drogę, żeby w końcu gdzieś nas złapać.

Poznajcie wiecznie uśmiechniętego Ahmeda

Poznajcie wiecznie uśmiechniętego Ahmeda

Od niego dowiedzieliśmy się wielu intrygujących, często zadziwiających rzeczy na temat Dubaju, a właściwie o tym, jak się tam żyje ludziom. Prawo jest bardzo specyficzne. Ahmed, jako urodzony w Dubaju, nie dostanie tamtejszego paszportu, bo jego rodzice są Egipcjanami. Trzeba udowodnić kilka pokoleń obywatelstwa Emiratów, żeby dostać paszport.

Dubaj to miasto bardzo międzynarodowe. Mówi się tam po angielsku, ponieważ 89% mieszkańców to imigranci. To ludzie, którzy w większości przyjechali ciężko pracować, żeby wspomóc swoje rodziny w ojczystym kraju i jeśli dobrze pójdzie, sprowadzić je do siebie. Tylko 11% rodowitych obywateli Emiratów może cieszyć się takimi przywilejami, że głowa mała. Nie płacą podatków, rachunków za wodę, prąd oraz czynszu za mieszkanie. W przypadku udowodnionej potrzeby, mogą dostać w prezencie od Szejka swojego emiratu nowe mieszkanie albo samochód.

Po tygodniu w Emiratach wiem bardzo dużo o ludziach, bo z nimi zwyczajnie rozmawiam, mieszkam, poznaję ich znajomych, widzę jaki tryb życia prowadzą. Poznaliśmy życie trzech różnych osób, dzięki czemu mamy idealne porównanie. Adel– 20-paro letni chłopak, prawdziwy Arab, który pracował chyba tylko dla pracy, nie dla pieniędzy. Ahmed – urodzony w Emiratach Egipcjanin, ma dobrą pracę, ale nie stać go na to, żeby kupić samochód bez kredytu. Nie chce żyć w Emiratach, dusi się tam. Ostatnia osoba to Sid – Hindus, który przyjechał do Dubaju kilka lat temu ze swoją żoną, żeby zarobić na lepsze życie. Pracują ciężko, dostają minimalną płacę, nie stać ich na to, żeby mieszkać w samym Dubaju. Wynajmują małe mieszkanie w Szardży – sąsiednim emiracie.

Adel - kumpel z Abu Dabi

Adel – kumpel z Abu Dabi

Sid (po prawej) i polski kolega Piotr

Sid (po prawej) i polski kolega Piotr

To jak się żyje tym ludziom? Z naszych obserwacji nasuwa się jeden wniosek: Arabowie żyją jak pączki w maśle, pozostali ciężko harują na normalne życie. Jest bardzo drogo, więc przeciętnego kowalskiego nie stać na samochód albo mieszkanie w centrum miasta. Niestety często brak pieniędzy nie oznacza, że sobie tego auta nie kupią. Kredyt załatwia sprawę.

Wiemy na pewno, że Dubaj to nie jest miejsce do życia dla nas. Zero parków, chodników, całe życie toczy się w burze, w domu i w centrum handlowym. Chociaż każdy nas zapewniał, że jako biali inżynierowie moglibyśmy zarobić kupę forsy, to podziękujemy za takie „dobrowolne więzienie”.

Filipiny

4 – 9 grudnia 2015

5 grudnia 2015

Mamy mieszane uczucia odnośnie Manili. Dla nas to zupełny szok. Będąc z kimś lokalnym czujemy frajdę i bezpieczeństwo. Nie potrafimy jeszcze sami odważyć się i ruszyć w zatłoczone miasto, korzystać z szalonej komunikacji miejskiej.”

Każdy kiedyś zaczyna. Nie wszystko od początku było dla nas łatwe. Zostaliśmy wrzuceni w totalny kocioł. Manila to jeden wielki chaos. Nie wiesz dokąd jedzie autobus, nie ma żadnych oznaczeń, nie wiesz gdzie i o której wsiąść. Autobus to właściwie nie autobus, tylko Jeepney, czyli stary, przerobiony jeep z otwartym tyłem, którym się wskakuje do środka. Jadąc autem, na drodze koleś próbuje Ci sprzedać papier toaletowy, a korki nie mają końca. Do tego wszyscy straszą złodziejami. Chociaż było nam głupio przed samym sobą, baliśmy się ruszyć w ten dziki tłum. Żeby tego było mało, w domach otaczało nas zawsze milion mrówek, a karaluchom sprawiałam frajdę, krzycząc na ich widok.

Wiemy, że Azja rządzi się swoimi prawami. Nasze europejskie życie jest bardzo luksusowe i potrzeba trochę czasu, żeby się przestawić.

Będąc w Manili nie raz odczuliśmy, że ludzie się na nas gapią. Byliśmy celebrytami. Każdy tutaj chce być biały. To głupie. Stosują kremy wybielające, a nawet tabletki. Dla nich biali są piękni, a białe kobiety są jak lalki Barbie. Nauczyliśmy się doceniać to co mamy, jak wyglądamy oraz to, jak bezpiecznie jest w Polsce.

Chociaż poznaliśmy w Manili kilka osób – naszych hostów, ich rodzinę albo dziewczynę, która zechciała nam pokazać miasto, z żadnym z nich nie utrzymujemy stałego kontaktu. Gdybyśmy jednak mieli pewnego dnia pojawić się tam znowu, podejrzewamy, że zostalibyśmy miło przyjęci.

Julie Ann i jej chłopak Allen, byliśmy ich pierwszymi gości z Couchsurfingu

Julie Ann i jej chłopak Allen, byliśmy ich pierwszymi gośćmi z Couchsurfingu

Australia

9 grudnia 2015 – 4 marca 2016

11 grudnia 2015

Lądujemy w Austrarii. Marzenie spełnione. Udaje nam się złapać stopa w 2 minuty (juhuuu!), w dodatku na piękną plażę Cronulla. Jak tam cudnie, można sobie siedzieć na ławce, na trawie albo gorącym piasku. Już pierwszego dnia bawimy się z falami oceanu”.

Sydney

Dostaliśmy się do Australii. Uff, już teraz miało być tylko lepiej!

Australia to zdecydowanie najważniejszy kraj na naszej trasie, jeśli chodzi o ludzi. Już pierwszego dnia zakochaliśmy się w tamtejszych plażach, a drugiego poznaliśmy kobietę o złotym sercu, która oddała nam swój dom na Święta i wpisała nas na listę członków swojej rodziny.

Tai, 40 letnia mama z dwójką dzieci – bo o niej mowa, wzięła nas na stopa i po kilku minutach rozmowy zaufała nam tak bardzo, jak jeszcze nikt w żadnej naszej wcześniejszej podróży. Czy to odpowiedzialne zostawiać obcych ludzi w mieszkaniu przez tydzień, podczas gdy Ty jesteś kilkaset kilometrów od domu? Wydawałoby się, że nie…

Nie chcieliśmy być obcymi ludźmi w czyimś domu, więc zostaliśmy u niej kilka dni jeszcze na początku grudnia, żeby móc się poznać. A właściwie, żeby ona mogła poznać nas. Przed świętami wróciliśmy do jej domu ponownie, klucz odebraliśmy od jej znajomej. W środku czekała na nas niespodzianka: klucz do auta. Cała rodzina Tai powiedziała jej, że jest szalona i niepoważna, ale ona i tak wierzy swojej intuicji.

Poznajcie Tai - najszaleńszą kobietę na świecie

Poznajcie Tai – najszaleńszą kobietę na świecie!

Święta spędziliśmy przy choince z Adamem i Asią. Sylwestra świętowaliśmy przy słynnych fajerwerkach pod Operą, w poszerzonym, polskim gronie. Adam życzył nam całego roku 2016 spędzonego w podróży. Już niedługo może się okazać, że życzenie się spełniło. 🙂

Melbourne

W Melbourne poznaliśmy Agę – młodą dziewczynę, która przyjechała do Australii jako studentka, teraz już pracuje i zadomawia się na dłużej. Aga odwiedziła nas w Sydney w Sylwestra i gościła nas u siebie w Melbourne przez tydzień. To odważna, polska dziewczyna, która znalazła swoje miejsce na ziemi. Aga udowodniła, że Polacy spotykający się w podróży, wcale nie unikają siebie nawzajem, wręcz przeciwnie. Brawo dla niej za pierwszą w życiu podróż autostopem i skok ze spadochronem. Nauczyliśmy się od niej, żeby cały czas szukać tego, co da nam prawdziwe szczęście i satysfakcję, nie przystawać przy tym, co łatwe i znajome. Zawsze można więcej, tylko trzeba pokonać pewne bariery.

Razem z Agą (po prawej), Asią i Adamem podbijaliśmy okolice Melbourne

Razem z Agą (po prawej), Asią i Adamem podbijaliśmy okolice Melbourne

Adelaide

Po raz kolejny autostop przysporzył nam znajomych na długo. Łapaliśmy stopa tylko na kilkanaście kilometrów. Do miasta podrzuciła nas Helen ze Stephenem – para tak zafascynowana naszą podróżą, że zaprosili nas na wspólną wycieczkę po okolicy kolejnego dnia. Będąc w stałym kontakcie, zaprosili nas do siebie miesiąc później, kiedy ponownie przejeżdżaliśmy przez Adelajdę.

Helen i Stephen to 60-paro latkowie, którzy cieszą się życiem na emeryturze. On – nauczyciel, ona – pielęgniarką, zapracowali na to, żeby jeździć teraz dobrym autem i pić kawę z najdroższego na świecie ekspresu do kawy. Dużo czytają i podążają za informacjami ze świata. Stephen jest mistrzem rozwiązywania krzyżówek. Helen wyśmienicie opanowała sztukę komputera i Internetu, więc szpieguje do tej pory nasze posty na Facebooku, nie rzadko zostawiając komentarz tak skomplikowany, że ciężko pojąć o co chodzi. 😉 Raz napisała nawet mały list do naszych rodziców z wyrazami współczucia, że muszą się tak o nas martwić, zaznaczając jednocześnie, że z nimi jesteśmy bezpieczni. I jak tu nie kochać ludzi!

Perth

To nasze ulubione duże miasto w Australii. Mamy stamtąd najlepsze wspomnienia. Chociaż do tej pory poznaliśmy wiele osób, które gościły nas przez Couchsurfing, to rodzina Solomon z Perth pozostała z nami do dzisiaj. Charlotte, Richard i ich trójka dzieci to cudowna banda niesamowitych ludzi. Oboje wykonują pracę biurową, dzieciaki jeszcze uczą się w szkole. Byliśmy ich pierwszymi gośćmi z Couchsurfingu. Po roku widzimy, że są bardzo aktywni w społeczności couchsurfingowej, co chwilę zapraszają nowych podróżników i sami też korzystają z gościnności ludzi w innych krajach. Aktualnie Charlotte zaczęła studia – szalona kobieta, jakby jej czasu było za dużo!

Poznajcie szczęśliwą rodzinkę Solomon z Perth (skład okrojony)

Poznajcie szczęśliwą rodzinkę Solomon z Perth (skład okrojony)

Nie raz i nie dwa usłyszeliśmy przed podróżą: mam ciocię/siostrę/kolegę w …., pewnie może wam pomóc. Fajnie, tylko wcześniejsze doświadczenie pokazało, że to się NIGDY nie sprawdza. Właściwie rozumiemy dlaczego. Przecież przeciętna ciocia/siostra/kolega nie ma w zwyczaju wpuszczania do swojego domu przybyszów znikąd, obcych. Poza tym, zazwyczaj jest to po prostu siódma woda po kisielu albo ktoś z kim nie ma bieżącego kontaktu.

Znaleźliśmy jednak wyjątek od tej reguły. W Perth mieszka (uwaga!), kuzyn koleżanki Piotrka mamy, czyli nawet nie woda po kisielu. Bronek ze swoją żoną Sabiną przyjechali do Australii uciekając przed polską biedą czterdzieści lat temu. Gościli nas u siebie przez tydzień prawdziwą, polską gościnnością. Niesamowite jest to, jak można się zakumplować z ludźmi z pokolenia naszych rodziców. Sabina i Bronek bardzo dużo podróżują. Każdej zimy uciekają na północ Australii, do gorącego klimatu. Wsiadają w swoją Toyotę 4×4 i śmigają po pustyniach, tam gdzie my na razie nie jesteśmy w stanie dotrzeć, dlatego zawsze wsłuchiwaliśmy się pilnie w ich opowieści z terenu.

Różnica pokoleń nie stanowi problemu :)

Różnica pokoleń nie stanowi problemu 🙂

Przez trzy miesiące podróży po Australii poznaliśmy kilkadziesiąt osób, które dobrze wspominamy, kilkunastu z nich chętnie byśmy spotkali ponownie i podziękowali po raz setny, ale tylko (albo aż) ta mała garstka kilku osób stała się naszymi bliskimi. Nie odważymy się tego nazwać przyjaźnią, ale wiecie o co chodzi. Zapukać w dzień i w nocy zawsze możemy.

W Australii bardzo dużo korzystaliśmy z Couchsurfingu, nie wiedząc jeszcze za bardzo jak spać na dziko. Nie można tak sobie rozłożyć namiotu w mieście, trzeba znaleźć miejsce, w którym nie znajdzie Cię strażnik wlepiający mandat 300 zł na osobę. Powiedzmy, że opanowując nawet to, mieliśmy duży problem z pozbyciem się plecaków w ciągu dnia, żeby móc spokojnie zwiedzić okolicę. Teraz wydaje się to banał, wtedy było kulą u nogi.

Tak jak Manila była dla nas szokiem kulturowym, tak Australia zdecydowanie finansowym. Sporo czasu minęło zanim nasze mózgi przestały przeliczać ceny na złotówki. To miła ulga, kiedy w końcu zrozumieliśmy, że musimy jakoś żyć, nie możemy się ograniczać do puszek z mięsem i chleba tostowego.

Jedyne, co dobrze ogarnialiśmy od początku to autostop. 🙂 Ludzie, którzy nas zabierali mówili, że wyglądamy NORMALNIE, dlatego nas wzięli. Potraktujemy to NORMALNIE jako komplement. 🙂

Nowa Zelandia

5 marca – 14 czerwca 2016

Nowa Zelandia to nowa przygoda, bo przestawiliśmy się z autostopowania na zabieranie autostopowiczów. Ale frajda!

Ponieważ chcieliśmy zwiedzić Południową Wyspę razem z Adamem i Asią, musieliśmy przemyśleć kwestię wynajmu samochodu. Piotrek przeszukał cały Internet i znalazł super opcję – czemu by nie kupić autka? W ten sposób weszliśmy w posiadanie pierwszego, własnego samochodu w naszym życiu. Najlepsze w tej historii jest to, że sprzedaliśmy naszą Hondę z zyskiem, więc starczyło na cukierki dla wszystkich. 🙂

Nie pominęliśmy żadnego autostopowicza :)

Nie pominęliśmy żadnego autostopowicza 🙂

Ponieważ w tym wpisie skupiam się na poznanych ludziach, którzy w pewien sposób na nas wpłynęli, nie pojawi się tu wiele. Samochód dał nam wolność, mogliśmy dojechać wszędzie, do najmniejszego wąwozu, wodospadu, na polną dróżkę oraz do darmowego kempingu. Dawał nam schronienie, a w ulewnym deszczu stał się nawet salą kinową, gdzie oglądaliśmy Poranek Kojota. Wszystko to kosztem doświadczenia z lokalnymi ludźmi.

Zawsze jest coś za coś. Zupełnie tego nie żałujemy, Adam, Asia i Orthia dali nam mnóstwo śmiesznych przygód, a niekończących się pięknych krajobrazów nigdy nie zapomnimy.

Pod koniec naszej przygody z Nowej Zelandii poznaliśmy jednak kilka osób, które gościły nas po tym jak sprzedaliśmy auto. Jedną z nich był William – Maorys (rdzenny mieszkaniec Nowej Zelandii). Podróżując w jego maoryskiej okolicy mieliśmy bezpośrednie spotkania z tamtejszą społecznością. Maorysi, trochę jak Aborygeni w Australii, mają niezbyt dobrą opinię wśród białych Nowozelandczyków. Są postrzegani jako Ci z problemami alkoholowymi, powodujący wypadki samochodowe pod wpływem silnych trunków lub narkotyków, wybijający szyby w mieszkaniach, otyli, mający niewielką wiedzę o świecie. Nie mam tu miejsca na rozstrzyganie tego problemu. Chcę tylko powiedzieć, że wszyscy Maorysi, których spotkaliśmy stopując byli bardzo pomocni i ciekawi naszej przygody. Nie da się jednak ukryć, że w jednym przypadku mama, tata i nastoletni syn jarali papierosy w aucie, że ręki nie było widać, inna maoryska dziewczyna pytała nas czy w Polsce mamy teraz wojnę i czy są tam misie polarne (serio chciałbym! – Piotrek). Nie zgadzam się jednak z włożeniem wszystkich do jednego worka. William nie pasuje w ogóle do opisanej wcześniej łatki „gorszego”. To człowiek o dobrym sercu, który nawet krowy zagania prosząc je grzecznie: przejdźcie do sąsiedniej zagrody.

Czy te loki mogą kłamać?

Czy te loki mogą kłamać?

Jachtostop do Nowej Kaledonii i Australii

14 czerwca – 18 lipca 2016

Jachtostop, oprócz wielkiej przygody i doświadczenia, dał nam wartościowych znajomych, od których warto czerpać wiedzę. Gary i Jan (kapitan i jego żona, którą nazywaliśmy admirałową) to para Amerykanów wkraczających w lata 70-te swojego życia. Sprzedali dom, samochody, meble rozdali rodzinie i kupili jacht. Wakaya stała się ich domem. I jak tu się nie inspirować? Chyba nas trochę polubili, bo nadają co jakiś czas z dalekich wód Indonezji czy Malezji. Marzy nam się wejść jeszcze raz na pokład pięknej łodzi i w zacnym towarzystwie cierpliwych nauczycieli pływać od wyspy do wyspy, odkrywając lądy, do których nie da się dotrzeć bez prywatnego środka transportu.

Jan i Gary Macie ( oryginalnie Maciejewski)

Jan i Gary Macie (oryginalnie Maciejewsky)

Australia ponownie

18 lipca – 26 września 2016

Ponieważ nasz jacht płynął właśnie do Australii, w lipcu 2016 dotarliśmy szczęśliwie do Darwin. Tym razem naszym celem było odwiedzenie Alice Springs i Uluru. Żeby się tam znaleźć pokonaliśmy autostopem 1500 km przez australijski Outback. Czy watro było? No warto, bo przypadkiem w McDonaldzie czekał na nas Radek – chłopak artysta, który wszędzie wejdzie, żeby zrobić nagrywkę z drona albo fotkę taką, że szczena opada. Jak nie wpuszczą drzwiami to wejdzie oknem. 🙂 Z nas artyści marni, musicie wybaczyć, ale uczymy się cały czas i pragniemy spotykać takich ludzi jak Radziu. Mamy kolejny (i nie ostatni) przykład na to, że Polacy są niesamowici. Bo z kim mamy się dogadać najlepiej jak nie z Polakiem! 🙂

Poznajcie Radka - najbardziej pozytywną osobę, jaką poznaliśmy

Poznajcie Radka – najbardziej pozytywną osobę, jaką spotkaliśmy!

Singapur

26 września – 1 października 2016

Singapur reklamuje się nowoczesnością. Nie cały przecież taki jest. To bardzo tradycyjny kraj, tylko jego kultura składa się z mieszanki innych kultur azjatyckich. Singapur dopiero niedawno oddzielił się od Malezji.

Podczas kilku dni pobytu poznaliśmy Bryana, który dopiero co wrócił z wolontariatu w Japonii, więc na świeżo dostaliśmy od niego relację. Opowiedział nam też jak wygląda życie w Singapurze. Nie brzmi to zbyt kolorowo: praca, praca, praca i zakaz rozmawiania o polityce (skandal według mnie! – Piotrek).

Gościła nas też rodzina ze Sri Lanki – Dulip, Ane i Mindi, co dla nas było zupełną nowością. Pierwszy raz jedliśmy ryż paluchami i dowiedzieliśmy się, że już parę lat temu skończyła się tam wojna domowa.

11Zarówno Bryan, jak i rodzinka ze Sri Lanki są idealnym przykładem ludzi, których chcielibyśmy znać lepiej i dłużej, bo mają dużo do przekazania, ale nie trzymamy z nimi bieżącego kontaktu. Wracamy jednak do Singapuru za dwa miesiące, więc może jeszcze nic straconego.

Malezja

1 października – 5 października 2016

Pobyt w Malezji ograniczał się tylko do autostopowania z granicy do Kuala Lumpur – stolicy, skąd lecieliśmy do Japonii.

Tutaj wielkie podziękowania dla naszych polskich znajomych Domy i Bartka za zapoznanie nas z Marcinem, który mieszka i pracuje w KL. Marcin to drugi i ostatni jak do tej pory przypadek osoby, która została naszym kumplem z polecenia kogoś znajomego. Pierwszymi byli Sabina i Bronek z Australii.

Słysząc w rozmowie Internetowej: „wiecie co, mam kolegę w Kuala, może możecie się spotkać”, zareagowaliśmy bez fajerwerków, wiedząc jak to jest ze znajomymi znajomych. Jak to dobrze, że zawsze zdarzają się wyjątki od reguły. Dzięki Marcinowi namiętnie czytamy teraz artykuły prywatnej agencji wywiadu Stratfor (sprawdźcie sami) i kminimy jak tu w życiu zarobić i się nie narobić. 😉 A właściwie jak zarobić na tym, co byśmy naprawdę lubili i chcieli robić. Jeśli go jeszcze nie zamęczyliśmy naszymi pytaniami, może wpuści nas do siebie jeszcze raz na układanie puzzli, bo w styczniu przyjeżdżamy do Malezji ponownie!

Marcin - światowy człowiek, szuka swojego miejsca na Ziemi

Marcin – światowy człowiek, szuka swojego miejsca na Ziemi

Japonia

5 października – 4 grudnia 2016

Japonia – chociaż najbardziej nowoczesny i zaawansowany technologicznie ze wszystkich krajów, które odwiedziliśmy, jest dla nas rajem kempingowania. To tutaj przez miesiąc, dzień w dzień rozkładaliśmy nasz domek w przedziwnych miejscach, zazwyczaj w centrum miasta. Nikomu to nie przeszkadza, nam też ludzie nie przeszkadzają. Październik był całkiem ciepły, listopad przyniósł chłodek, więc staraliśmy się już szukać miejsca do spania pod dachem.

Cały czas się uczymy. Na początku podróży mieliśmy problem z szukaniem dobrego miejsca pod namiot, a przede wszystkim z dużymi plecakami, które czasem uprzykrzają życie. Teraz czujemy, że to daje nam jeszcze więcej wolności i dłuższy dzień, bo z namiotu trzeba się zebrać wcześnie rano, w ciepłym łóżku potrafimy kimać do 10. Jesteśmy takie dwa śpioszki. 🙂

Ponieważ w Japonii autostop działa specyficznie, poznajemy bardzo wiele osób. To dlatego, że mało kto jeździ tu daleko. 100 kilometrów to trasa – wyzwanie dla przeciętnego Japończyka. Żeby dojechać z miejsca A do B, najczęściej zmieniamy kierowcę kilka razy.

Śmiechowe dziewczyny podrzuciły nas na wyspę Sikoku

Śmiechowe dziewczyny podrzuciły nas na wyspę Sikoku

Tyle emocji się kotłuje na myśl o Japonii, że nie wiem jak to ująć. To pewnie dlatego, że mamy te wspomnienia na świeżo. Ludzie tutaj są po prostu cudowni! Bardzo pomocni, odważni, nawet jak nie mówią po angielsku to kombinują na wszystkie możliwe sposoby. A jeśli już któryś mówi, to tak poprawnie gramatycznie, że oczy nam się szeroko otwierają z podziwu.

Ciężko w tym momencie powiedzieć z kim uda nam się zostać w kontakcie, bo czas bardzo mocno to weryfikuje. Poznaliśmy tu Johna, amerykańskiego nauczyciela, który w wolnym czasie udziela japońskim parom młodym reżyserowanych ślubów w stylu chrześcijańskim, które nie mają żadnego podłoża prawnego ani religijnego, chodzi tylko o bajeczny ślub w białej sukni. Może kiedyś o tym opowiem, bo to niewiarygodne, co tu się dzieje. John ze względu na to, że zapuszcza wąsa, ma umowę z agencją reklamową i występuje od czasu do czasu w spotach. Chcesz zarabiać hajs? Bądź biały, zapuść wąsa i przyjedź do Japonii!

John - człowiek z wąsem

John – człowiek z wąsem

Dwa razy podczas pobytu w Japonii zdarzyło nam się, że ludzie zabrali nas jako autostopowiczów i zaprosili do siebie do domu. Niektórym ludziom załącza się matczyny instynkt, kiedy słyszą, że chcemy spać pod namiotem. 😀 Ludzie na świecie są po prostu dobrzy. Nie wiem czy zdołamy do końca życia dać innym tyle pomocy, ile sami dostajemy.

Rodzinka z Hiroszimy wzięła nas na stopa i zaprosiła do domu

Rodzinka z Hiroszimy wzięła nas na stopa i zaprosiła do domu

Ludzie na świecie są wszędzie tacy sami. Różnimy się tylko dlatego, że w każdym kraju mamy inne wychowanie. Poza tym tak samo cieszymy się na uśmiech przyjaciela i tak samo smucimy, kiedy trzeba się pożegnać.

Odpowiadając Wam na najczęściej zadawane pytania, odpowiadamy też sami sobie.

Czy tęsknimy za domem?

Mamy ogromną ochotę wpaść na dwa dni, wysłuchać opowieści, wypić kawę i jechać dalej. Z rodzicami kontaktujemy się na bieżąco, dostają informacje z pierwszej ręki. Dzięki Internetowi nie czuje się tego, że jesteśmy daleko. Będąc w Polsce bylibyśmy przecież też w innym mieście. Ubolewamy tylko nad tym, że omijają nas ważne wydarzenia, ja nie mogę obserwować jak moje nastoletnie siostry przechodzą przez okres największej zmiany, co chwilę dostajemy informacje o planowanych ślubach, rodzą się dzieci, a my… Możemy tylko pomachać przez kamerkę.

Czy podczas podróży mieliśmy momenty zwątpienia?

Nie. Nie przydarzyło się nam nic takiego, co by spowodowało, że zechcielibyśmy wrócić do domu. Oprócz problemu Piotrka z zapaleniem mięśnia i silnym bólem w szyi, nie złapały nas żadne choroby czy wypadki. Nie zawsze jest wygodnie, nie zawsze pogoda sprzyja, ale mimo to nie pragniemy stałego, bezpiecznego miejsca.

Kiedy wracamy do domu? (najczęstsze pytanie) 🙂

Nie prędko. Mamy plan na drugi rok w podróży!

Co nas trzyma tak długo w podróży?

Nie chcemy jeszcze stabilnego życia. Nie chcemy wrócić i martwić się o dom, pieniądze, wstawanie rano do pracy, beznadziejną politykę i biurokrację. Chcemy podróżować dłużej, bo jesteśmy w takim wieku, że możemy sobie na to pozwolić, dzieci jeszcze poczekają. A pieniądze? Z nieba przecież nam nie spadły. Pracowite z nas krasnoludki, a w międzyczasie uczymy się jak inwestować kasę w Internecie.

26 listopada, dokładnie rok od opuszczenia polskiego domu, siedzimy sobie w japońskiej, górskiej wiosce Tsuwano i uśmiechamy się do siebie myśląc: ale mamy zajebiste życie! 🙂

Daria

Piotrek filozof mówi tak:

Oczywiście oprócz poznanych ludzi przytrafiły się nam niesamowite przygody. To jest czynnik ryzyka podróży, którego nigdy, a tym bardziej jeżdżąc autostopem, nie da się przewidzieć. Przez rok odwiedziliśmy pustynie, oceany, lodowce, wspięliśmy się na kilka ładnych szczytów, a wszystko to dla satysfakcji z życia. Wszystkie nasze wspomnienia do tej pory są tylko pozytywne. Rok temu pisałem w pamiętniku, że to dziwne uczucie nie mieć obowiązków, być wolnym jak ptak. Dziś, siedząc w zupełnie nieplanowanej Japonii, śmieję się ze swoich słów. Dlaczego? Bo teraz nie umiałbym podróżować według ścisłego harmonogramu czy planu. To właśnie wolność otwiera nam drzwi do ludzkich serc i żyć. W żaden inny sposób nie poznalibyśmy takich ludzi i miejsc. Dziękujemy za niesamowite wsparcie i zaufanie jakim nas obdarzyliście. Byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy z Wami szczerzy, bo „niektóre rzeczy się nie zmieniają”. 🙂

2 odpowiedzi do artykułu “Rok w podróży – mamy przyjaciół na świecie

  1. Natka

    wspaniały rok! 😀 super, że udało wam się tak uporządkować wspomnienia, mieliście megadużo szczęścia trafiając na tylu świetnych ludzi 🙂

    1. Świat jest książką Autor

      Że czas szybko ucieka to wiadomo, pytanie tylko co się zrobiło z tym czasem. Super się czuję, bo w końcu udało mi się spisać artykuł o tym, co właściwie najważniejsze w naszej podróży. A ile radochy jak się ogląda wszystkie zdjęcia z początku trasy 😀
      Ściskamy Nacię, naszego kibica!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow