Przejście graniczne Laos – Kambodża

Drogowe przejście graniczne pomiędzy Laosem a Kambodżą (Norg Nokbiane – Trapaing Kreal) to najbardziej skorumpowane miejsce, jakie spotkaliśmy w podróży. Jest pełne ludzkiej chciwości, z którą trzeba stanąć twarzą w twarz. Przyda się morze cierpliwości i niezłomność. Oto historia o tym, jak z pomocą poznanej parki Polaków poradziliśmy sobie z celnikami. Jeśli czeka Cię to wkrótce, podajemy kilka praktycznych rad o transporcie i samym przejściu. Nie dajmy się robić w bambuko!

Transport turystyczny z Don Det

Najprostszą i zazwyczaj wybieraną opcją przez turystów jest mały bus, nazywany w Laosie vanem. Z Don Det odjeżdżają oficjalnie co pół godziny. Nieoficjalnie – kiedy uzbiera im się odpowiednia liczba osób, tak żeby się opłacało. Cena jest elastyczna, w zależności od tego jak się targujesz, na jakiego przewoźnika trafisz i przede wszystkim – gdzie kupujesz. Za bezpośrednio kupiony bilet płaci się około 12 $. UWAGA! Na samej wyspie, firmy wycieczkowe oferują bilety za 18$. Postój busów i bezpośredni sprzedawcy znajdują się na lądzie, przed przepłynięciem rzeki i dostaniem się na wyspę. Wtedy najlepiej zorientować się w rzeczywistych cenach.

Autostopem czy jednak nie?

Po przeczytaniu kilku relacji z prób przekraczania granicy autostopem, byliśmy w stanie uwierzyć, że to naprawdę jest masakra. Sami z resztą wdzieliśmy jaki ruch jest na drodze, zmierzając do Don Det. Nam udało się dotrzeć na wyspę tylko dzięki temu, że kierowca zdecydował się nadrobić kilkanaście kilometrów, widząc, że mamy znikome szanse dotarcia do celu.

Rozeznaliśmy się w cenach busów. Przemyśleliśmy za i przeciw. „Co będzie to będzie – jedziemy stopem. Do granicy na pewno nam się uda, a dalej zobaczymy.”

Łódki z Don Det na druga stronę rzeki mają wypływać już od wczesnego ranka. Będąc o 7.30 w przystani, zwykłym fartem łapiemy jedną, która właśnie przywiozła turystów z drugiego brzegu. Nie ma nawet pana sprzedającego bilety.

Po drugiej stronie jemy zupę z nudlami w jakimś lokalnym barze, kupujemy dwie kanapki na długą drogę i maszerujemy 4 kilometry do głównej trasy. W połowie udaje nam się złapać mini ciężarówkę. Miny kierowcy i pasażera są bezcenne – jak oni się śmieją! Pewnie dlatego, że spotyka ich coś takiego pierwszy raz w życiu. Wskakujemy na pakę i z ulgą obserwujemy jak droga zmienia się z całkiem przyzwoitego asfaltu w czerwoną, dziurawą, lekko podmokłą szutrówkę. Teraz już nam kałuże niestraszne.

Hej przygodo! Tylko…yyy…mija nas tylko kilka skuterów. Nie ma jeszcze 9.00, a słońce już daje się we znaki. Cienia brak. Skoro nie ma aut to szkoda stać i czekać. Jeszcze pełni sił idziemy w stronę granicy. W końcu to tylko 20 km, może kiedyś dojdziemy. 😛 Krok za krokiem, nastroje całkiem pozytywne, plecak jeszcze nie ciąży. Zatrzymuje się koło nas ciężarówka do przewozu ludzi – sawngthaew. Na Filipinach zwą to Jeepney. To po prostu mała ciężarówka z paką, w której zainstalowano dwie ławki dla pasażerów. Nie liczymy na płatny transport, więc luźno rozmawiamy z kierowcą. W ogóle… Co on tu robi? Tutaj nie ma już lokalnego środka transportu. Może wraca do domu.

– 80 tysięcy! – Rzuca swoją propozycję kierowca. (czyli około 40 zł)
– Możemy dać 40.
– 70!
– Nie, dziękujemy.

Zamykamy drzwi i maszerujemy dalej. W pół minuty pan zdążył przekalkulować sobie, coś albo nic, i zdecydował się jeszcze raz rozpocząć negocjacje.

– Wezmę Was za 60 tysięcy!
– 50 i jedziemy.
– Ok 🙂

Wniosek z tego taki – jak Ci nie zależy to targowanie idzie łatwo i przyjemnie.
Wsiadamy do pojazdu, a tam naprzeciwko nas odzywają się polskie głosy. Ostatnio mamy szczęście do Polaków. Oprócz Gosi i Marcina siedzi jeszcze kilka młodych osób.

– Gdzie wy go złapaliście, skąd on w ogóle jedzie? – Nadal nie możemy zrozumieć o co tu chodzi.
– Nie chcieliśmy dać się wrobić w straszną cenę busa, więc ogarnęliśmy grupkę osób i namówiliśmy kierowcę. Daliśmy dwa razy więcej niż wy. W ogóle, ile wy już tak idziecie?

Huk maszyny nie pozwala na swobodną rozmowę, ale dajemy radę wspólnie ustalić, że będziemy razem walczyć z bezprawnym łapówkarstwem na granicy. Hurra! Mamy wsparcie. W kupie siła.

Trzy dni później mogliśmy się już tylko śmiać. 🙂 Ekipa spotkała się w Angkor Wat.

W międzyczasie spoglądamy z ciekawości czy mija nas jakieś auto. Co jakiś czas pojawia nam się w zasięgu wzroku jedno, to samo. Przy granicy pustki, nawet busów z turystami nie ma. Zatrzymuje się jednak koło nas właśnie to jedno auto. Wysiada z niego mundurowy i zagaduje do naszego kierowcy. „O oł, będą problemy” – myślę sobie. „On tu chyba nie ma prawa przewozić ludzi.” Chyba nie ma, ale zapomniałam, że w Laosie parę groszy w łapkę zmyje wszystkie grzechy. Kierowca bierze od nas umówione 50 tys. kipów (25zł) i wręcza policjantowi. Sprawa załatwiona. Wilk syty i owca cała.

Opuszczenie Laosu

Zanim podchodzimy do biura imigracyjnego Laosu, ustalamy z Gosią i Marcinem plan działania
i kwotę jaką ostatecznie jesteśmy w stanie zapłacić. Drobne resztki kipów i jednodolarówki mamy uszykowane.

Biuro składa się z dwóch okienek. Jedno dla każdej pary. Podajemy paszporty, po czym słyszymy mało zaskakujące nas „dwa dolary za stempel”. Żeby przeciągnąć wszystko w czasie i pokazać, że się na to nie zgadzamy, powtarzamy w kółko to samo. Że mamy odłożoną kasę na wizy, że według prawa nie ma opłaty za stempel. Pan patrzy na mnie, ja dzielnie na niego i jak katarynka grzecznie proszę o stempel.

Szczerze mówiąc, wygląda to wszystko jednocześnie przygnębiająco i śmiesznie.
Siedzi dwóch celników, każdy obsługujący jedno okienko. Pomiędzy nimi jak król zasiada milczący szef imprezy i straszy grobową miną. Panowie obsługujący po kilkunastu minutach nie mogą sobie poradzić z presją, jeden zaczyna się śmiać mówiąc swoje „2 dollars”, a drugi po prostu wychodzi, spaceruje albo siada z tyłu pokoju i udaje, że coś pisze. W pewnym momencie, jak gdyby nigdy nic, bierze nasze paszporty i stempluje. Coś za szybko to poszło. Wbił stempel „USED” (użyta) na laotańskiej wizie. Idę do czekającego obok przewoźnika i pytam czy to wystarczy. „Nie… Pójdziesz po wizę kambodżańską i Cię tutaj cofną. Nie ma stempla wyjazdowego z Laosu” – mówi uczynny kierowca. Tak myślałam, to nie koniec walki. Ktoś chciał ze mnie zrobić debila. Paranoja. Skoro obsługujący mnie celnik wyszedł, próbuję złapać wzrokiem jedyną kobietę, schowaną w rogu panią celnik. Ta jest tak wystraszona, że nie odpowiada nawet słowem. Nie wychodzi jej z ust „2 dollars, please”. Cyrk polega na tym, że panowie już dawno by odpuścili, widać, że jest im nawet trochę wstyd, ale nie mogą, bo stoi nad nimi el bosso.

W międzyczasie robi się tłoczniej. Nie ma kolejek, ale co chwilę wtrąca się przed nas agent albo kierowca autobusu z plikiem paszportów do podstemplowania. To oznacza, że wszyscy właściciele tych paszportów zapłacili 40 dolarów zamiast 30, żeby nie musieć wysiadać z busa i załatwiać sprawy osobiście.

Mija pół godziny, może 40 minut, nie wiem. Czujemy, że już dosyć tego ślęczenia. Zaczynamy odgrywać scenkę, Piotrek otwiera portfel i mówi, że naprawdę nie mamy dolarów, ale zobaczy ile mu zostało laotańskiej waluty. I tutaj dzieje się najgorsze wspomnienie z tego dnia. Olewający nas do tej pory celnik porusza się, jakby Red Bulla wypił, podchodzi do nas energicznie i przez szybę wlepia swoje ślepia w otwierający się portfel. Ten jego wzrok, taki chciwy. Buu!

UWAGA! W okolicy rozprzestrzenia się choroba chciwości. Zaleca się założyć maskę.

Piotrek liczy, liczy… (wiedząc dokładnie ile pieniędzy uszykował)
– mam 19 tysięcy kipów (2,32$), ok?
Wzięli, wbili co trzeba. Zgodzili się też na 2 dolary od Gosi i Marcina.

Nie wiemy czy da się przejść tą granicę bez płacenia chociaż grosza. Jeśli macie jakieś doświadczenie, podzielcie się. My wyszliśmy z założenia, że nawet Ci którzy się kłócą godzinami, zazwyczaj kończą płacąc dolka na odchodne. Nie było sensu tego męczyć tak długo.

Granica Kambodżańska

Zniesmaczeni doświadczeniem z laotańskimi celnikami i dumni, że nie wybuchnęliśmy wściekłością wobec takiej bezceremonialnej chciwości chamów, musieliśmy ochłonąć i przebrnąć kolejny, chyba trudniejszy etap.

Najpierw zaczepia nas pan z małej budki, dając nam do wypełnienia formularz zdrowotny. Grzecznie też oznajmia, że jeśli mamy książeczki szczepień, nie musimy nic płacić. Mamy książeczki, więc nie chcemy marnować czasu na kłócenie się dla zasady. Fakt jest taki, że jak nie masz książeczki, też nie powinieneś zapłacić. Dla świętego spokoju warto ją mieć.

Kolejny krok to wypełnienie wniosku o wizę. Nic trudnego. Pamiętaj, że trzeba wpisać adres pobytu w Kambodży. Celnik pospiesza nas, nawet jeśli jesteśmy zupełnie sami w biurze. Podchodzimy do okienka, pan rzuca „35 dolarów od osoby” (koszt wizy to 30$). I znowu się zaczyna. Teraz celnik jest dużo mniej cierpliwy, już po minucie rzuca naszymi paszportami i wydobywa z siebie trudny do powtórzenia dźwięk wściekłości, po czym wychodzi i znika na pół godziny. W tym czasie kręcimy się po budynku, pytamy w innym okienku, tam jednak tylko stemplują, każą wypełnić kartę wjazdu. Nic nam po tym, jak nie mamy wizy.

Nie ma co czekać, wracamy do punktu wyjścia, czyli okienka wydawania wiz. Zaczynają się negocjacje, pan ma chrapkę na jakieś resztki laotańskiej waluty albo nawet i tajlandzkiej. Pozbyliśmy się jej już wcześniej, więc zostały tylko dolary. Proponujemy po dolarze od osoby i pan wydaje się być całkiem zadowolony. Dodatkowe dolany idą oczywiście do oddzielnej szuflady. W tym przypadku większość czasu zmarnowaliśmy na nie negocjacjach, a na czekaniu aż pan łaskawie wróci na swoje stanowisko. W sumie oba przejścia zajęły nam ponad dwie godziny.

Mamy wlotkę do Kambodży. Z łaską wlepiona, ale jest.

Tak się życie toczy na granicy. Nawet jeśli celnikowi raz na jakiś czas trafi się uparty plecakowicz, to i tak na nim zarobi. Może nie 5 dolarów, ale 1 to też przecież dużo. Jak z tym walczyć? Nie wiem. Wyszliśmy stamtąd niby zwycięsko, bo dużo „zaoszczędziliśmy”, ale tak czy siak zostaliśmy pokonani przez bezprawie.

Jedna tylko kwestia nas bardzo ciekawi. Przed nami w kolejce stał Włoch. Był za nami na laotańskiej granicy i po minucie zapłacił tego dolara zamiast dwóch. Na kambodżańskiej był przed nami i powiedział, że bez kłótni i negocjacji nie zapłacił nic. Co mi się bardzo podobało, kolega mimo że pochodzi z kraju Euro, był bardzo oburzony i jakby nieświadomy, że tutaj takie łapówkarstwo się dzieje. Czemu mi się to podobało? Bo większość osób z krajów posługujących się dolarem czy euro ma gdzieś walkę z przestępstwem. Co to dla nich dolar czy siedem.

Wychodząc z biura celników zawiązaliśmy krótką rozmowę z przypadkową dziewczyną, która wyglądała na zmęczoną i równie zniesmaczoną jak my.
– Ile zapłaciliście, bo ja jakimś cudem tylko 37 dolarów.
Zapadła chwila ciszy…
– Yyy, właśnie tyle wołają łapówki, 30 dolarów wiza, 2 za stempel laotański i 5 za stempel kambodżański.
– Aaa, bo ja tak naprawdę nie wiedziałam ile kosztuje wiza.

I jak tu walczyć, kiedy towarzyszą nam tacy ignoranci.

Z granicy do Stung Treng

Z transportem do granicy jakoś nam się udało. Nie autostopem, ale nie żałujemy. Gosia i Marcin mają umówionego busa z granicy do Siem Reap za 20$. To dla nas zdecydowanie za dużo. Stwierdzamy, że poczekamy z nimi w knajpie i będziemy obserwować czy jadą jakieś auta. Jesteśmy zaskoczeni, że można zarezerwować sobie busa z samej granicy. Myśleliśmy, że w grę wchodzi tylko cała trasa z Laosu do Kambodży. Okazuje się, że nie. Marcin mówi, że pytał mailowo o ceny i możemy powiedzieć kierowcy, że też pytaliśmy. Za 7$/osobę weźmie nas do Stung Treng, czyli najbliższego, cywilizowanego miejsca, skąd możemy dalej stopować. 7$ to też nie mało, ale w braku jakiegokolwiek ruchu ulicznego jest to dobry ratunek.

Wszyscy pasażerowie czekają w barze/sklepie, jedynym przygranicznym. Kto to wie, czy bus się spóźnia, czy może ktoś bardzo chce, żeby klienci zdążyli właśnie tam zjeść zakąskę w tym czasie.

Praktycznie o transporcie, autostopie i samym przejściu

– Bus z Don Det do Stung Treng to koszt ok. 12$/osobę (nie wiemy ile da się utargować, bo nie skorzystaliśmy).
– Jak wiemy od Gosi i Marcina, można ugadać się z lokalnym przewoźnikiem – sawngthaew’em, że zabierze kilka osób na granicę, im więcej osób tym lepiej. Przy 5 czy 6 osobach zapłacili po 50 tysięcy kipów (25zł/osobę). Według mnie super pomysł i dobra inicjatywa.
– Pomiędzy Don Det a granicą nie ma nic, prócz małych wiosek, ruchu niemalże brak. Możliwe, że jedna osoba mogłaby złapać skuter na stopa. Przy samej granicy nie ma wioski, więc kierowca musiałby z dobrej woli podrzucić Cię do celu, nie jadąc tam. Przez granicę mogą przejeżdżać auta, więc bardzo dziwne jest to, że nie jechały tamtędy żadne. W przeciwną stronę widzieliśmy kilka.
– Przy granicy laotańskiej nie ma sklepu, ani żadnego miejsca z jedzeniem, tylko pusta stacja benzynowa.
– Nie znamy najlepszego sposobu na pokonanie chciwości celników, my zastosowaliśmy metodę spokoju i upartości oraz resztek pieniędzy w portfelu. Mamy nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto powie, że nie zapłacił nic. Jedno jest pewne: nie ma opcji zapłacić więcej niż 1$ laotańskim służbom i 1$ kambodżańskim. Tzn. negocjacje z 1$ prędzej czy później zakończą się sukcesem. Na pewno nie należy manifestować godzinami, jeśli masz wrażenie, że i tak zapłacisz tego 1$. Wierzę, że żaden Polak nie zgodzi się wlepić całej łapówki. 🙂
– Za granicą kambodżańską jest bar/sklep.
– Z granicy można jechać do Stung Treng za 7$ lub do Siem Reap za 20$. Są to jednak ceny w przypadku wcześniejszego uzgodnienia. Jeśli nie masz nic ugadane, tak jak my, zapytaj kogoś, kto ma i zna cenę. Najlepiej przyłączyć się do takiej osoby. Gosia i Marcin skorzystali z tej firmy: Asian Van Transfer.
– Podróż do Stung Treng trwa około godziny.
– Podróż do Siem Reap trwa dodatkowo 5 godzin ze Stung Treng, przy czym dają przerwę na obiad godzinę albo dwie.
– W Stung Treng na pewno przewoźnik wskaże restaurację, w której możesz zjeść obiad. Wystarczy odejść kilka kroków, dojść do targu i tam lokalne jedzenie serwują za 1$. Można tam też wymienić walutę. Przyjmują laotańskie kipy. Warto mieć i kambodżańskie riele i dolary.
– Ze Stung Treng można stopować do Phnom Penh albo Siem Reap. Autostop jest jak najbardziej możliwy. W stronę Siem Reap, do miejscowości Preah Vihear ruch jest bardzo słaby. Później już trochę lepiej, ale trzeba się przygotować na krótkie dystanse.

On nas chyba nie zabierze… Ma już pasażerów na przyczepie.

Jeśli przebrnęliście przez granicę Laos – Kambodża, dajcie znać jak Wam się powiodło! Jesteśmy naprawdę bardzo ciekawi, bo jeśli chociaż jednej osobie się udało bez łapówki, znaczy że jest cień nadziei dla kolejnych podróżnych.

Daria

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow