Nowa Zelandia – Południowa Wyspa tam i z powrotem, część pierwsza

Opowieść o tym, co odkryła przed nami południowa wyspa Nowej Zelandii przez ponad miesiąc podróży na przełomie lata i jesieni. Góry, jeziora i łąki nie znikały nam z oczu. Czuć w powietrzu wolność i siłę natury. Choćbym użyła tysiąca epitetów opisujących to, co zobaczyliśmy, bez zdjęć przekaz byłby marny. Oto pierwsza część przygody, w której towarzyszyła nam para przyjaciół i tnąca jak żyleta Honda Orthia.

Trasa części pierwszej

Christchurch

5 marca, wcześnie rano przylecieliśmy do Christchurch – największego miasta południowej wyspy zielonej krainy. Zdążyliśmy jeszcze dospać godzinkę na lotnisku, zrobić zakupy, zjeść bagietkę z szynką na śniadanie i nadal cały dzień był przed nami. Złapaliśmy stopa do centrum, gdzie miły właściciel restauracji zgodził się przechować nasze plecaki. Spacer ulicami Christchurch był dla nas trochę szokujący. Miasto wydało się brzydkie, a mówili, że jest tak pięknie. Brzydkie, bo wszędzie dookoła cały czas naprawiane są skutki tragicznego trzęsienia ziemi z 2011 i 2012 roku. Ciężko jest zrobić zdjęcie, na którym nie ma rusztowania, ściany zabezpieczającej albo zawalonego budynku, którego na razie nikt nie rusza. Nie mówię tego z wyrzutem, tam jest po prostu smutno jak się pomyśli, że człowiek nie może nic zdziałać przeciwko sile natury. Ucieczką od konstrukcji jest pójście do parku botanicznego, gdzie można szwendać się do woli w przyjemnym dla oka i duszy otoczeniu.

Katedra w Christchurch

Ponieważ nie mieliśmy zaplanowanego noclegu na nadchodzącą noc, kierowaliśmy się w stronę miastowego kempingu. Musieliśmy jednak najpierw odebrać nasze plecaki. Pracująca tam dziewczyna wiedziała o co chodzi, ale żartując powiedziała, że ich nie ma, że sprzedała. Podłapaliśmy jej dobry humor:

– No to nie mamy namiotu, śpimy tutaj!
– Możecie spać u mnie.

Być może i to powiedziała żartem, ale jak usłyszała, że zamierzamy iść na miastowy, darmowy kemping, nie wiadomo czemu zaświeciła się jej lampka i nie pozwoliła nam tam spać, zaprosiła do siebie.

Czekaliśmy w restauracji aż Nav skończy pracę. Klient nasz pan, musiała czekać aż ostatni goście zdecydują się wyjść o północy. Byliśmy bardzo zmęczeni długim dniem po nocnym locie, a w mieszkaniu parki Hindusów czekała na nas pizza i wygodne łóżko. 🙂 Nav i jej chłopak okazali się niesamowicie dobrymi, młodymi ludźmi. Bardzo pozytywnie opowiadali o swoim kraju i o tym jak wiele zawdzięczają rodzicom. To dzięki nim mogli studiować w Nowej Zelandii i teraz starać się o status obywatela.

Hinduscy nowi znajomi

Rano pojechaliśmy razem z Nav do pracy, gdzie jeszcze raz zostawiliśmy plecaki i poszliśmy zwiedzić muzeum – Canterbury Museum. Nie spodziewaliśmy się, że jest ono tak ogromne! Spędziliśmy tam trzy godziny, a i tak pominęliśmy mniej interesujące nas wystawy. Muzeum składa się z kilkunastu części przedstawiających przeróżne, często niezwiązane ze sobą tematy. Były ptaki kiwi, pająki Nowej Zelandii, historia i sposób życia rdzennych ludzi – Maori, ubiory zmieniające się na przestrzeni lat, makiety dawnych ulic z realnie wyglądającymi sklepami. Najbardziej jednak podobała nam się wystawa o pierwszych podbojach Antarktydy. Nowozelandczycy pragnęli dopłynąć tam jako pierwsi i mieli spore szanse. Po dotarciu do celu okazało się, że Norwegowie pojawili się tam dosłownie kilka dni wcześniej.

Gorąco polecam odwiedzenie Canterbury Musem, nawet tym, którzy nie mają w zwyczaju zaglądania do takich miejsc. Wejście jest bezpłatne, chętni mogą wrzucić piątaka w darowiźnie.

Chociaż w samym Christchurch nie bardzo było co więcej zwiedzać, zostaliśmy tam jeszcze kilka dni, w międzyczasie odwiedzając piękne, portowe, francuskie miasteczko Akaroa. Zamieszkaliśmy u chrześcijańskiej rodziny z Couchsurfingu i czekaliśmy na przyjazd Adama i Asi, którzy zmierzali w naszym kierunku z północnej wyspy i razem mieliśmy podróżować przez najbliższe kilka tygodni. Wszyscy na ten czas zrezygnowaliśmy z autostopowego trybu i zdecydowaliśmy się wynająć samochód. Ceny na trzy tygodnie okazały się kosmiczne, więc zainteresowaliśmy się kupnem. Z wielką ostrożnością i lekkim stresem weszliśmy w posiadanie dwudziestoletniej Hondy, którą sprzedawał chłopak mieszkający pięć minut drogi od nas. Ależ to było ekscytujące 🙂

Czwórka wspaniałych rozpoczyna podbój południowej wyspy

Następnego dnia byliśmy umówieni z Adamem i Asią, więc pomknęliśmy do Picton odebrać ich z promu. Po drodze zrobiliśmy sobie przerwę w miejscowości Kaikoura, gdzie podglądaliśmy wygrzewające się w słońcu foki.

Już pierwszego dnia Honda Orthia została ochrzczona i zabrała autostopowicza. Od tamtej pory zabieraliśmy każdego, kogo mogliśmy. W końcu mieliśmy okazję się odwdzięczyć za te setki podwózek do tej pory. Co prawda od Picton była już nas zawsze czwórka w aucie i pełniutki bagażnik, ale nie stanowiło to przeszkody.

Adam z Asią nieco zdziwili się na widok samochodu. Z wypożyczalni taki stary, ze drapanym lakierem? Niespodzianka, mimo pewnych podejrzeń, udała się i radości ze wspólnej zdobyczy nie było końca.

Czwórka wspaniałych

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od fiordów na północ od Picton. Jechaliśmy, każdy na zmianę prowadząc, wzdłuż drogowych, krętych serpentyn, w górę i w dół. Widoki wynagradzały czasowe mdłości.

Marlborough

Po zrobieniu zapasów jedzenia na dłuższy czas, kierowaliśmy się na północny zachód. Pierwszym celem było zobaczenie Waikoropupu Springs, czyli największego źródła wody w kraju. Zbiornik mieni się różnymi kolorami w zależności od padającego słońca.

Dotarliśmy też do miejsca położonego najdalej na północ na wyspie. Jest to przylądek Farewell. Żeby dobrze zobaczyć bezkres oceanu, wodę uderzającą o rzeźby skalne i bawiące się foki, najlepiej wspiąć się na szczyt pagórka. Można stamtąd też dojść wyznaczonym szlakiem do plaży. My zrobiliśmy tylko jego fragment, bo musieliśmy wrócić na ten sam parking po samochód.

Przylądek Farewell

Wieczorem zajadaliśmy na kolację małże złapane na plaży. Adam nauczył nas gdzie ich szukać i jak je potraktować, żeby nadały się do jedzenia. Panowie rozpalili ognisko, które równie szybko zgasili, żeby nie robić problemów. Małże z ognia smakują najlepiej. Do tego suchary, cebulka i głodnym się spać nie idzie. 🙂

Abel Tasman National Park

Kempingowaliśmy niedaleko Parku Narodowego Abel Tasman. Zaplanowaliśmy przejście jednego, całodniowego szlaku biegnącego w północnej części Parku. Można udać się też w kilkudniowy i wykupić miejsca kempingowe przygotowane na trasie. Zakładamy zazwyczaj, że orientacyjny czas przejścia szlaku podany na tabliczkach jest zawyżony. Nie przewidzieliśmy tylko, że zaskoczą nas takie piękne widoki, że stracimy rachubę czasu. Generalnie trasa prowadzi przez las, więc mało co widać, ale w pewnym momencie przechodzi się przez kilka miejsc niespodzianek. Mało kto spodziewa się w Nowej Zelandii cudownych, rajskich plaż. Właśnie takie znaleźliśmy.

Park Narodowy Abel Tasman

Nelson Lakes National Park

Kiedy dotarliśmy do kolejnego Parku Narodowego – Nelson Lakes National Park, nie mogliśmy oczom uwierzyć. Jezioro Rotoiti ze słynnym pomostem i górami w tle do końca podróży zostało moim ulubionym miejscem. Spędziliśmy tam całe popołudnie, słońce nam przyświecało. Złudne to słońce, bo woda w jeziorze była mrożąca. Udało mi się wejść i wyjść, ale chłopakom nie straszne były skoki z pomostu. Po takim zahartowaniu mieliśmy niezły ubaw nawet pod lodowatym prysznicem (jeśli można tak nazwać polewanie się wodą ).

Niesamowicie było obserwować jak zmienia się krajobraz wraz z zachodzącym słońcem. Patrzenie na góry przy wschodzie i zachodzie nigdy się mi nie znudzi.

Jezioro Rotoiti

Mieliśmy to szczęście, że na terenie Parku znajduje się bezpłatne pole namiotowe. To było jedno z najlepszych miejsc, w jakich przyszło nam rozkładać namioty i wychodzić z nich rano z wielkim bananem na twarzy. Wiem, że to brzmi banalnie, ale Nowa Zelandia to są po prostu cudne, niezapomniane kadry, których nie da się ująć na zdjęciach tak jakby się chciało. Pozostaje je zapamiętać.

W tym samym Parku Narodowym pozostało nam do odwiedzenia jeszcze jedno jezioro, o podobnej nazwie, Rotoroa. Tam niestety pogoda nie pozwoliła nam delektować się widokiem.

Pancakes Rock

Przemieszczając się dalej na południe zachodnim wybrzeżem, zatrzymaliśmy się w małej wiosce Punakaiki, gdzie tłumy turystów przybywają, żeby oglądać różnokształtne, naturalne rzeźby ze skały wapiennej. Nazwane zostały one Pancakes Rock, czyli w tłumaczeniu skały naleśniki. Podobno kształtem przypominają ogromne naleśniki. Nie powiedziałabym, pozostawiam każdemu wolną wyobraźnię.:) Największy zachwyt budzą nie same kształty, ale to, jak wzburzona woda oceanu zachowuje się uderzając o nie. Zwłaszcza, kiedy jest uwięziona pomiędzy wapiennymi tworami. Nie chciałabym się tam w dole znaleźć, o nie! A Wam co przypomina ten kształt na drugim planie?

Pancakes Rock

Hokitika

Tego dnia dotarliśmy do miasta, które odegrało bardzo ważną rolę w naszej podróży po południowej wyspie. Nie żeby coś się tam pamiętnego stało, ale tak się zdarzyło, że wracaliśmy do Hokitiki kilkakrotnie. Czasem celowo, czasem przypadkiem. Chyba przyciągała nas ta dźwięcznie brzmiąca nazwa.

W pobliżu miasteczka znajduje się słynny wąwóz – Hokitika Gorge. Chociaż w dalszej podróży przez wyspę spotkaliśmy jeszcze wiele wód o różnym kolorach, tej niebieskiej barwy nie pokonało nic.

Hokitika Gorge

Czasem zwykłe miejsca są niezwykłe, jeśli się w nich znajdzie w odpowiednim momencie. Wieczór spędziliśmy nad oceanem. Przycupnęliśmy sobie na skałach i zachwycaliśmy się zachodzącym słońcem zajadając ciepłego „pie” z supermarketu.

Pie to popularna nowozelandzka przekąska, której nazwy nie jestem w stanie przetłumaczyć. Wyjaśnianie czym jest może dać efekt niekoniecznie zamierzony, ale spróbuję. Pie to taka duża babeczka z ciasta francuskiego, ale przykryta wieczkiem też z ciasta. Środek wypełniony jest mięsnym, gęstym sosem. Przepis jest dla mnie jeszcze sekretny, bo zadziwiające jest to, że sos nie zmiękcza ciasta ani nie przedostaje się na zewnątrz.

Pie w Hokitika

Po zachodzie Asia zaprowadza nas do tajemniczej groty, gdzie odpoczywają miliony świetlików. Trzeba przejść kilkanaście metrów w kompletnej ciemności (w dzień nie ma sensu), żeby później ucieszyć się jak dziecko ze święcących wkoło małych punkcików. Jakby ktoś szukał miejsca na randkę, to bardzo polecam. 🙂

Niestety w pobliżu Hokitiki nie udało nam się znaleźć żadnego bezpłatnego kempingu. Krążąc po okolicy zapytaliśmy właściciela domu z ogromną, pustą działką porośniętą trawą czy użyczyłby nam kawałka ziemi na jedną noc. Pan chwile się zastanowił, przedyskutował temat z żoną i… zgodził się pomóc czwórce młodych wędrowców. 🙂

Atrakcje wokół Hokitiki jeszcze się nie skończyły. Chociaż Nowa Zelandia słynie z pięknych gór, ogromne wrażenie robią na mnie tutejsze jeziora. Kolejnym z nich było jezioro Kaniere. Na brzegu przeźroczyście czystego zbiornika stała wysoka, drewniana ławka skierowana przodem do wody. Wyryto na niej napis dedykujący tą ławkę Mamie.

Jezioro Kaniere

Nie wspominałam jeszcze o wodospadach. Nie trzeba ich tu ze świecą szukać. W okolicy zobaczyliśmy wodospad Dorothy Falls. A na obiad zatrzymaliśmy się nad jeziorem Mahinapua.

Ponieważ podczas tej podróży wszyscy nastawiamy się na cieszenie się życiem, urządziliśmy sobie ucztę z pięknym widokiem. Ja z Asią przygotowałyśmy jajecznicę i kanapki a Adam z Piotrkiem zaopiekowali się naszymi namiotami. Po każdej nocy rozkładamy je w słońcu, żeby wyschły. Nawet jeśli nie padało, tropiki są mokre od rosy albo skroplonego powietrza.

Jeśli mowa już o jeziorach, nie mogłabym pominąć jeziora Lake Brunner (położonego bliżej miasta Greymouth). Jest w nim coś cudownego, sami zobaczcie. A najbardziej niezwykłe w tym wszystkim, jest to, że nie spotkaliśmy tam żadnych innych turystów.

Jezioro Brunner

Ponieważ w Nowej Zelandii bezpłatnych kempingów jest pod dostatkiem, właśnie z nich korzystamy. Jest to zazwyczaj puste pole trawy z toaletą. O prysznic musimy zadbać sami, więc korzystamy z uprzejmości regularnych kempingów, gdzie za drobną opłatą możemy się umyć. Jeśli nie jest drobna, szukamy gdzieś indziej. 😉

Hokitika zaoferowała nam lepszą opcję. Łącząc przyjemne z pożytecznym, kupiliśmy za 5 dolarów nowozelandzkich wejściówkę na basen z nieograniczonym czasem. Tyle czasami wołają właściciele kempingów za sam prysznic, więc wyszliśmy na tym tylko dobrze. Trochę sportu nikomu nie zaszkodziło 🙂

Odkąd rozpoczęliśmy codzienne kempingowanie minął tydzień, nadszedł czas na pranie. Zadomowiliśmy się w pralni miejskiej na godzinkę, dwie albo trzy. Łapiąc internet z pobliskiej biblioteki mogliśmy nadrobić zaległości, zgrać i posegregować zdjęcia oraz filmy.

Zmiana planów

Tak, jak do tej pory pogoda nam cały czas sprzyjała, tak teraz prognozy nie są zbyt optymistyczne. Przecież nie staniemy w miejscu, musimy w końcu wyjechać z tej Hokitiki, Kolejnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę na południe. Deszcz zalewał szyby, wycieraczki nie nadążyły zbierać wody. Wyobraziliśmy sobie łapanie stopa w takich warunkach i poczuliśmy luksus, jaki nam daje samochód. Przed nami najważniejsze szczyty do zdobycia i taka pogoda? Kolejne kilka dni ma padać. Nie mogliśmy walczyć z nowozelandzką naturą. Mogliśmy jednak uciec. Postanowiliśmy zawrócić z planowanej trasy na południe i kierować się na wschodnie wybrzeże. I tym sposobem znowu zawitaliśmy w naszej kochanej Hokitice.

Deszcz przeczekaliśmy w bibliotece, a na koniec dnia skusiliśmy się na „Fish & Chips” (ryba z frytkami) – kolejne, bardzo popularne w Nowej Zelandii jedzenie. Za 6 dolarów można zjeść wielką górę frytek i duży filet rybny. Wszystko jest smażone w głębokim oleju, to po prostu tradycyjny, tutejszy fastfood.

Arthur’s Pass

Żeby dostać się z Hokitiki na wschodnie wybrzeże trzeba przejechać przez Park Narodowy Arthur’s Pass. Zatrzymaliśmy się w nim na trzy dni, żeby zdobyć kilka szczytów. W sumie pokonaliśmy pięć szlaków. Niestety, najtrudniejszy, Avalanche Peak – 1833m, przyszło nam przemierzyć w niezbyt dobrej pogodzie. Trzy godziny wspinaczki, pewnie drugie tyle na zejście. Szliśmy po zdradliwych, mokrych korzeniach drzew i śliskich skałach. Cały czas nie traciliśmy nadziei, że w końcu uda nam się wyjść z mlecznej mgły i zobaczyć ten zasłużony, cudny widok z góry. Radość i satysfakcja z dotarcia do celu jak zwykle była ogromna, zwłaszcza po tak dużym wysiłku. Miła była świadomość, że obracamy się w chmurach. Widok skalistych szczytów jednak nie dla nas tym razem. (Przysłowie „bujać w obłokach” nabrało nowego znaczenia. – przyp. Piotrek 🙂 )

Avalanche Peak

Innym ciekawym celem był Bealley Spur Hut. Spakowaliśmy namioty, śpiwory oraz trochę jedzenia na obiad i śniadanie. Nadchodzącą noc spędziliśmy wysoko. Zakładaliśmy nocleg w przygotowanej dla wędrowców chatce, jednak wszystko było w niej przesiąknięte ostrym zapachem dymu. Na szczęście zabraliśmy nasze małe, przenośne domy, w razie gdyby chatka była już zajęta przez innych podróżnych. Okazało się, że na tą noc nie zostawał tam nikt. Mieliśmy całe góry dla siebie. Wieczorem wygrzewaliśmy się w ciszy, przy ognisku, a rano pobiegliśmy za mały las, żeby zobaczyć kolorowy wschód słońca. Obrazek niczym z Króla Lwa.

Bealley Spur Hut

Noc niestety nie była tak miła, jak się spodziewaliśmy. Obudziliśmy się wściekli, bo cały czas ptaki skubały nam namioty. Te piękne, śliczne, popularne ptaki Kea, które wszyscy chętnie fotografują, zostały przez nas znienawidzone raz na zawsze. Namiot na szczęście był cały. Ptaki przedziurawiły za to matę, którą kładziemy pod namiot i ukradły mi buta. Żeby tego było mało, cały tropik musieliśmy czyścić z ptasich gówienek. But się znalazł, nie mogły go daleko ponieść, ale przedziurawić już tak. Błagam wszystkich, którzy uwielbiają karmić ptaszki. Przestańcie! To są dzikie zwierzęta, człowiek nie powinien ingerować w ich życie. Niech sobie same szukają jedzenia, na pewno potrafią. Niech nie jedzą później cudzych plecaków, namiotów i butów.

Christchurch ponownie – Orthia zdaje swój egzamin

Nadszedł wielki dzień dla naszej Orthii. Co za radość, kiedy przeszła z nami przegląd. Nie, żebyśmy w nią nie wierzyli, ale nie była jeszcze badana przez mechanika od czasu zakupu. Działa jak w zegarku. Zgubiliśmy tylko korek od baku paliwa, ale szybko kupiliśmy nowy. 🙂 Nie zabawiliśmy w mieście za długo. Sprawdziliśmy auto, zrobiliśmy zakupy, pranie i pomknęliśmy dalej na południe.

KONIEC – Ciąg dalszy nastąpi

Daria

P.S. Uzupełnieniem relacji są zdjęcia w naszej galerii.

Jezioro Rotoiti

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow