Nowa Zelandia – Południowa Wyspa tam i z powrotem, część druga

Opowieść o tym, co odkryła przed nami południowa wyspa Nowej Zelandii przez ponad miesiąc podróży na przełomie lata i jesieni. Góry, jeziora i łąki nie znikały nam z oczu. Czuć w powietrzu wolność i siłę natury. Choćbym użyła tysiąca epitetów opisujących to, co zobaczyliśmy, bez zdjęć przekaz byłby marny. Oto druga część przygody, w której towarzyszyła nam para przyjaciół i tnąca jak żyleta Honda Orthia.

Jest to ciąg dalszy opowieści z wpisu, który znajdziecie klikając  TUTAJ

Trasa części drugiej

Aoraki, czyli Mount Cook

Wielkimi krokami zbliżaliśmy się do Mount Cook – najwyższego szczytu Nowej Zelandii. Przedtem jednak dane nam było zjeść wielkanocne jajko na kempingu nad pięknym jeziorem Opuha i zobaczyć słynny kościółek z błękitnym jeziorem Tekapo w tle. To miejsce ocenione zostało jako najlepsze na świecie do obserwowania gwiazd. Nie wiem jakie kryteria brano pod uwagę. Sami nie sprawdziliśmy czy to prawda, bo wieczorem trafiło nam się zachmurzone niebo. Pięknie i przejrzyste było za to w dzień, kiedy na o oglądaniu gwiazd można pomarzyć.

Jak pisałam wcześniej, jeziora w Nowej Zelandii zasługują na dużo uwagi ze względu na to, że są po prostu małymi cudami natury. Kolejną noc spędzamy nad jeziorem Pukaki, które staje się naszym miejscem wylotowym do Mount Cook – najwyższej góry w Nowej Zelandii.

Jezioro Opuha

Droga do Mount Cook

Każdy kto przyjeżdża w to miejsce mówi, że idzie na Mount Cook. Samego Mount Cook się nie zdobywa. No chyba, że w wielkiej eskapadzie z oprzyrządowaniem wspinaczkowym – szczegółów nie znam. Pokonuje się za to kilka innych szlaków, z których można zobaczyć lodowce.

My zaczęliśmy wspinaczkę od Mueller Hut Track. Oj ciężko, ciężko było. Chociaż pogoda dopisała idealnie, od samego początku walczyłam z własną głową, która co chwile powtarzała „nienawidzę schodów”. Przed nami był ponad 2000 schodów, a później jeszcze wspinaczka po skałach. Na szczęście mam dzielnego męża, który nie przestaje mnie motywować. W końcu przeszłam przez granicę, po której było już tylko przyjemnie. Bariery istnieją tylko w naszych głowach. To nie był przecież najtrudniejszy szlak. Nawet wchodzenie po wielkich kamieniach nie było mi już straszne. Właściwie zawsze kamienie są mi mniej straszne, niż schody. (Do dziś nie wiem czemu – przyp. Piotrek ) :). A widoki? Kto by nie chciał popatrzeć na lodowiec, samemu będąc grzanym przez gorące słońce.

Wejście zajęło nam około czterech godzin. Na szczycie znajdowało się schronisko dla tych, którzy decydują się zostać na noc. My mogliśmy tam odpocząć, schować się od wiatru i zjeść drugie śniadanie. Droga w dół szła już szybciej, zawsze powroty są łatwiejsze.

Szlak Mueller Hut

Byliśmy bardzo, ale to bardzo szczęśliwi, że zdobyliśmy Mueller Hut właśnie tego dnia. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszej pogody. Słońce grzało, ale nie było za gorąco. Nie spadła kropla deszczu, czego nie można powiedzieć o dniu kolejnym, kiedy przymierzaliśmy się do przejścia kilku krótkich i łatwych szlaków. Zostaliśmy zatrzymani w schronisku przez pogodę. Już kończyliśmy jeść owsiankę, kiedy przyszła wichura i deszcz tak mocny, że nikomu nie marzyło się wtedy wyjście za drzwi. Zaryzykowaliśmy później jeden, całkiem płaski szlak, ale zawróciliśmy w połowie, bo i tak przez deszcz nie mogliśmy oglądać się wokół siebie, żeby podziwiać dolinę. Wróciliśmy więc do publicznego, dziennego schroniska i pograliśmy w kości, wypisaliśmy pocztówki i zjedliśmy ciasteczka. Nasze namioty wymagały suszenia, a woda nie przestawała lecieć z nieba, jakby zbierała się tam co najmniej tydzień. Korzystamy w takich sytuacjach z toaletowych suszarek do rąk. Żmudna praca, ale trzeba sobie jakoś radzić.

Nowozelandzkie pingwiny

Kolejnym celem na naszej drodze było miasto Dunedin. Jednodniowa trasa zamienia się w dwudniową, kiedy po drodze tyle miejsc wartych chociaż minutowego zatrzymania i zrobienia zdjęcia. Nadrabiając trochę kilometrów przejechaliśmy przez Lindis Pass – trasę z wieloma punktami widokowymi na dolinę, którą się podąża pośród zielonych gór.

Kiedy ponownie znaleźliśmy się na wschodnim wybrzeżu, ruszyliśmy w poszukiwaniu pingwinów. W miejscowości Katiki, przy odrobinie szczęścia można zobaczyć wychodzące na brzeg pingwiny z charakterystyczną, żółtą obramówką oczu. Niestety z naszym obiektywem mogliśmy złapać na zdjęciu tylko te bliżej nas, ale i tak się udało. Niektóre przepięknie pozowały, jakby wiedziały, że są obserwowane albo czuły się jak celebryci. 🙂

 Pingwin

Jeszcze bardziej unikatowe w Nowej Zelandii są niebieskie pingwiny – najmniejsze nieloty na świecie. Pojechaliśmy ich szukać w Oamaru. Okazało się, że zrobiono z tych małych stworzeń niezły biznes. Ogrodzili teren i zbudowali mini trybuny, z których po zapłaceniu 30$ (!!!) można popatrzeć na pingwiny. Niby to wszystko naturalne, niby nie ma pewności, że zwierzęta się tam pojawią. Niech wierzy w to, kto chce. Biznes jest biznes, a Chińczyk i tak zapłaci. 🙂

Próbowaliśmy wypatrywać pingwinków na wybrzeżu, bez biletu, podobno szczęśliwcom się czasem udaje. Tym razem po pół godzinie daliśmy jednak spokój.

Dunedin

Podróżując w Nowej Zelandii nie poświęca się zbyt dużo czasu miastom. Jest tyle gór do zdobycia i tyle jezior do zobaczenia. Dunedin zwiedziliśmy w kilka godzin, przechadzając się w centrum miasta. Największe zainteresowanie budził budynek więzienia i fabryka czekolady Cadbury. Akurat po Świętach wyprzedawali wielkanocne, czekoladowe jaja z nadzieniem, więc nie wyszliśmy z pustymi rękoma.

Fabryka czekolady Cadbury

Ciekawym i zarazem dodającym trochę adrenaliny punktem programu był wjazd na ulicę Baldwin. Została ona wpisana do Księgi Rekordów Guinessa, jako najbardziej stroma uliczka świata. Wjazd był bardzo emocjonujący, ale zjazd…lepiej niż rollercoaster. Nie powiem, całkiem strasznie to wyglądało, ale nasze autko i kierowca sprawdzili się doskonale w trudnych warunkach. A jak pięknie nam ludzie klaskali na szczycie. 🙂

Odrobina luksusu

Kiedy zastała nas noc, byliśmy już kawałek za miastem poszukując miejsca na nocleg. Na darmowym kemping, na którym planowaliśmy zostać okazało się, że jest on dostępny tylko dla aut, nie dla namiotów. Lepiej schować się gdzieś z dala od drogi niż ryzykować mandatem. Z nieba spadła nam wtedy miła pani w ciepłym szlafroku. Zapukaliśmy do jej drzwi z pytaniem czy możemy rozłożyć namiot na jej działce. Oczywiście mieszkała pośrodku niczego, wkoło tylko zielone łąki, nie wiadomo do końca która do kogo należy. Pani nie pytając o szczegóły zaprosiła nas do swojej chatki – małego domu, w którym kiedyś mieszkała z rodziną a który teraz służy jej jako pracownia fotograficzna. To była znacząca noc. Pierwszy raz od dwudziestu dni spaliśmy pod dachem. Co prawda łóżek nie było, ale to nic. Wszyscy lubimy nasze namioty i kempingowy tryb, ale każdemu należy się chwila luksusu 🙂 A przyjemność zwiększyło jeszcze radio grające wyborne, rockowe melodie. To była dobra noc.

Artystyczny dom

Najdalej na południe

Najważniejszym miejscem południowego wybrzeża był Slope Point, czyli najdalej na południe wysunięty punkt Południowej Wyspy Nowej Zelandii. Żeby się do niego dostać trzeba kilka minut iść przez prywatną łąkę. Niby nic specjalnego, ale coś fajnego jest w tych najdalej wysuniętych punktach. Już teraz bliżej do Bieguna Południowego niż do Równika. Ja wybieram prawo.

Slope Point

Chociaż to Slope Point jest wysunięty najdalej, to nie z niego zrobiono punkt turystyczny. Bardziej popularny wśród turystów i przygotowany pod nich jest Bluff. Można stanąć w punkcie widokowym, pośrodku okrągłego, betonowego pulpitu, na którym oznaczono miejsca, które widzimy patrząc w danym kierunku. Można też sprawdzić o ile kilometrów oddalony jest Londyn albo Nowy Jork.

Bluff

Jezioro Te Anau – Kepler Track

Od teraz kierowaliśmy się znowu na północ. W Invercargill zrobiliśmy tylko zakupy, zjedliśmy na kolację ogromne porcje Fish&Chips i pomknęliśmy dalej w kierunku jeziora Te Anau. Prowadzi obok niego kilkudniowy szlak Kepler Track. My zrobiliśmy sobie tylko jednodniową wyprawę. Szliśmy po niemalże płaskim terenie a później puszczaliśmy kaczki na jeziorze. Nie przemęczając się tym razem, po prostu miło spędziliśmy ten pełny słońca i radości, przyjemny dzień.

Mount Alfred

Na początek minęliśmy Queenstown i zatrzymaliśmy się w okolicach miejscowości Glenorchy, żeby z samego rana zacząć treking i wspiąć się na Mount Alfred. Po raz kolejny opis szlaku będzie podobny – las, mokre konary, kałuże błota, a potem śliskie kamienie. Ale uwierzcie mi na słowo, one wszystkie nie są identyczne, nie są nawet podobne. 🙂 A już na pewno zakończenie jest zawsze zaskakujące, choćbyś wiedział co Cię czeka. Tutaj przywitał nas widok błyszczącego w słońcu jeziora z jednej strony i mocno rozgałęzionego koryta wyschniętej rzeki z drugiej. Wszystko to oczywiście oplecione górami ze wszystkich kierunków. Usiąść na ciepłym, płaskim kamieniu na szczycie i zajadać kanapkę z twarożkiem ze szczypiorkiem – dla nas bajka.

Mount Alfred

Queenstown

Queenstown, choć bardzo turystyczne to dla nas przyjemne miasteczko. Trzeba przyznać, że po tak długim czasie przebywania w otoczeniu natury, człowiek dziwnie czuje się widząc ulice pełne sklepów, jeden przy drugim stoją bary, restauracje i świecące bilbordy. Tamtejsza atmosfera jest bardzo wakacyjna. 🙂 Zrobiliśmy sobie miły spacer i poszliśmy spróbować „najlepszych hamburgerów na świecie”. Klientów nie brakuje, kolejka się nie kończy, obsługa pracuje na pełnych obrotach – wszystko dzięki temu, że Bar Fergburger został oceniony przez przewodnik Lonely Planet jako najlepsza hamburgerownia na świecie. No i faktycznie, buły bardzo dobre, duże, z prawdziwym mięsem, nie jak z McDonalda. Ale czy najlepsze? Powiem za parę lat jak sprawdzę te amerykańskie. 😉 Jeśli chodzi o cenę, jest odpowiednia do sławy. Mi, od dziecka za bardzo oszczędnej, ciężko jest wydać 13 dolarów na hamburgera. Na szczęście mam Piotrka, który, choć też oszczędny, kusi mnie czasem, żeby się odchamić.

Arrowtown

Niedaleko Queenstown leży malutkie, stare, ale bardzo barwne miasteczko Arrowtown. Słynie ono z pięknej architektury i całe tworzy jakby muzeum. Wzdłuż głównej uliczki ciągnie się szereg sklepów z ozdobnymi szyldami, wszystko dedykowane oczywiście czujnemu oku turysty. W Nowej Zelandii bardzo popularne są sklepy ze sprzętem kempingowym i trekingowym oraz wyroby z wełny. Jako pamiątki często kupuje się właśnie czapkę albo rękawiczki, mało jest tu w sprzedaży stojących figurek czy innych przedmiotów zbierających kurz. Każda informacja turystyczna jest jednocześnie sklepem z pamiątkami. W niektórych można nawet kupić kurtkę. 🙂

W Arrowtown odwiedziliśmy sklep ze słodyczami z całego świata. Raj nie tylko dla dzieci. 🙂 Niestety nie było nic polskiego, więc ten „cały świat” to spore wyolbrzymienie. Były za to oranżadki w proszku w plastikowej rurce, takie jakie sprzedawali w sklepiku szkolnym w podstawówce. 🙂

Na końcu miasteczka znajduje się chiński ogród, gdzie można zobaczyć małe lepianki – domy chińskich osadników z czasów gorączki złota. Budynki są tak małe, że ledwo można do nich wejść. Niektóre wyglądają całkiem zgrabnie. Nie da się zabawić długo w Arrowtown, ale na pewno warto się tam przespacerować.

Arrowtown

Samotna Wanaka

Wanaka to zarówno nazwa miasta jak i jeziora. Jezioro Wanaka przyciąga wszystkich podróżników pragnących sfotografować samotne drzewo („The Lonely Tree” lub „Wanaka Tree”). Profesjonaliści, amatorzy czy mistrzowie selfie, każdy próbuje uwiecznić ten niepowtarzalny obrazek. Kiedy my się tam zjawiliśmy było tuż przed zachodem słońca. Przy brzegu stało dwóch panów z poważnym sprzętem fotograficznym, nawet ubrani byli w kamuflujące, szare barwy. Wyglądało na to, że zajęli sobie to miejsce dobrych kilka godzin temu i stresowali się za każdym razem, gdy kolejne osoby przechodziły obok nich, żeby czasem nie weszły w kadr. Sztuka wymaga poświęceń. 🙂 Przy tak popularnym punkcie turystycznym ciężko zapewnić sobie wyłączność.

Drzewko naprawdę robi wrażenie. Przy zachodzącym słońcu, chmury dosłownie na chwilę zabarwiły się na różowo. Razem z górami w tle dało to miażdżący efekt. Fotografia robiona tuż przed tym.

Lonely Tree, Wanaka

Roys Peak

Przed nami kolejny szczyt do zdobycia. Tym razem coś wyjątkowego, bo droga ani przez chwilę nie prowadzi przez las i nie trzeba się wdrapywać po skałach ani po schodach. Roys Peak to całkiem przyjemny szlak, który zajął nam siedem godzin, przy czym bardzo długo cieszyliśmy się widokiem z góry. Większość czasu idzie się po górzystej łące w towarzystwie owiec. Czasem tak bywa, że najpiękniejsze obrazy widzi się wcale nie z samej góry. Tutaj na dłużej zatrzymaliśmy się chwilę przed ostatecznym celem. Zrobiliśmy sesję zdjęciową, zjedliśmy kanapki i obserwowaliśmy cuda natury wkoło nas. W drodze powrotnej kibicowaliśmy panu rozpędzającemu się ze spadochronem, żeby odbić się od góry i poszybować w przestworza. Ludzie mają tak różne pasje. Tyle jest rzeczy do spróbowania, że życia może zabraknąć. 🙂

Roys Peak

Fox Glacier i Franz Josef Glacier

Do zamknięcia pętli pozostało nam odwiedzenie dwóch miejsc słynących z lodowców, na które organizowane są wyprawy helikopterem. Za odpowiednią, nie małą, opłatą można postawić stopę na prawdziwym lodowcu. My zdecydowaliśmy się na tradycyjny treking, za darmoszkę. Poszliśmy na spacer dookoła Jeziora Matheson. Pocztówkowy widok przedstawia odbijające się w przeźroczystej tafli wody ośnieżone szczyty gór i przybrzeżne drzewa.

Jezioro Matheson

Końcówka spaceru była już mniej przyjemna, bo zaczęło padać mocniej i mocniej. Zdążyliśmy wrócić do auta sekundę przed prawdziwym oberwaniem chmury.

Gdy dojechaliśmy do Fraz Josef, spojrzeliśmy tylko przez okna zrezygnowanym wzrokiem. Ledwo widać było góry w tej mgle i lejącej się z nieba wodzie. Był to jeden z nielicznych momentów, gdzie z powodu pogody zrezygnowaliśmy ze zwiedzania.

Koło zatoczone

Koło zatoczyło się w Hokitice, gdzie z sentymentem zjedliśmy tamtejsze Fish&Chips, które po całej podróży uznaliśmy za najlepsze ze wszystkich, jakie do tej pory próbowaliśmy. Na nadchodzącą noc zapowiadany był straszny deszcz, jakiego dawno nie było. Spaliśmy na znanym nam już kempingu niedaleko Arthur’s Pass, po drodze do Christchurch. Namioty sprytnie rozłożyliśmy pod dachem drewnianej altany ze stołem i ławkami służącej do dziennego użytku. Dzięki temu mogliśmy spać spokojnie. Oj jak lało i wiało w nocy, nie chcieliśmy poddawać naszych namiotów aż takiej próbie. Zanim poszliśmy spać… urządziliśmy sobie polskie kino w aucie. Deszcz za oknem huczy, a u nas w repertuarze Poranek Kojota. Dobre, bo polskie i stare. 🙂

Zakończenie wspólnej podróży w Christchurch

Po miesiącu wspólnej podróży z Adamem i Asią, rozstaliśmy się z nimi w Christchurch. Zanim jednak każdy pojechał w swoją stronę urządziliśmy dzień czyszczenia naszej Orthii i sprzętu kempingowego. Buty, namioty, śpiwory, maty – wszystko dostało trochę świeżości. Orthia lśniła jak nigdy dotąd. Porządki mogliśmy zrobić dzięki uprzejmości Couchsurfingowej rodziny, u której nocowaliśmy zaraz po przyjeździe do Nowej Zelandii. Przyjęli nas do siebie ponownie, mimo że mieli bardzo napięty grafik w ten weekend, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni. A najbardziej za dwie noce w wygodnym, ciepłym łóżku.

Daria

Krótkie streszczenie nowozelandzkiej opowieści

27 nocy spędzonych pod namiotem i tylko jedna pod dachem w przeciągu 28 dni. Nie ma co ukrywać, był to najdłuższy okres w naszym życiu, kiedy spędziliśmy aż tyle nocy kempingując. Dla mnie cały miesiąc był mieszanką wstawania wraz ze wschodem oraz kładzeniem się spać wraz z zachodem słońca. Niewątpliwie był to czas wspaniałych trekingów, za które nagrodą były widoki zapierające dech w piersiach, codziennych rytuałów związanych z rozkładaniem, składaniem i suszeniem namiotu, dzięki czemu zawsze mieliśmy nasz ciasny, ale własny „dach nad głową”. Muszę oddać hołd naszej wspaniałej Orthii, która dała radę zawsze i wszędzie, w każdych warunkach. Również chciałbym podziękować Adamowi i Asi za opracowanie trasy po Południowej Wyspie oraz za cały miesiąc wspólnych trudów, czasami oblanych przyjacielskim piwem. 🙂

Pozdro serdeczne asy!

Piotrek

Na szczycie najbardziej stromej ulicy - ulicy Baldwin

Baldwin Street – wjechaliśmy na szczyt najbardziej stromej ulicy na świecie

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow