Nowa Zelandia – podróż przez Wyspę Północną

Zachwyceni urokami Południowej Wyspy z lekkimi obawami przeprawiliśmy się na Wyspę Północną. Baliśmy się, że po tak cudownych trekingach i nieziemskich widokach już niewiele może nas bardziej pozytywnie zaskoczyć. W dodatku, nie mieliśmy już tak dużo czasu, żeby ze spokojem zajrzeć w każdy mały zakątek wyspy. Nasz plan musiał skupić się na najważniejszych atrakcjach. Plusem było to, że cały czas towarzyszyła nam nasza wierna Honda Orthia. To ona nie raz uratowała nam tyłki przed wielką ulewą. Maj w Nowej Zelandii to nie czas gorących dni i pachnących kwiatków.

Wellington

Prom z Picton do Wellington

Autostrady, 5 pasów, sznur aut, korki, tłum ludzi, co tu się dzieje? Przeżyliśmy mały szok, bo na Południowej Wyspie żyje garstka ludzi w porównaniu z północą.
W stolicy przyjęli nas u siebie Aga i Michał wraz ze swoim synkiem – niesamowicie pozytywna rodzina, która w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi sprawdza jak wygląda życie w różnych miejscach globu. Chociaż mieliśmy tylko jeden wieczór i poranek na rozmowy, bardzo ich polubiliśmy.

Naszym głównym celem w Wellington było odwiedzenie Muzeum Te Papa. Myśleliśmy, że muzeum w Christchurch jest ogromne, ale Tepapa zdecydowanie wygrywa pod tym względem. Dwie godziny zajęło nam przejście popularnej aktualnie wystawy „Gallipoli” – o walce żołnierzy nowozelandzkich i australijskich (ANZAC) w Turcji podczas I Wojny Światowej. Chociaż w Polsce muzea są pełne wojennych historii, jeszcze nie spotkałam tak ciekawie i przystępnie przygotowanej prezentacji. Były rzeźby postaci w ogromnych wymiarach (wysokości nawet trzech metrów). Wpatrując się w żołnierza można było wysłuchać jego monologu o tym, co się w danej chwili działo w jego otoczeniu i w głowie.
Inna ciekawa wystawa dotyczyła trzęsień ziemi i erupcji wulkanów. Weszliśmy do małego pomieszczenia, w którym poczuliśmy na własnej skórze namiastkę tego, jak to jest, kiedy wszystko wkoło się wali. Naprawdę polecam, nawet jeśli ktoś nie jest fanem muzeów, tutaj każdy znajdzie coś dla siebie. 🙂

Śledząc na bieżąco prognozę pogody okazało się, że mój pięknie opracowany plan na Północną Wyspę musi runąć. Zapowiadało się kilka dni deszczu, co nie bardzo sprzyjało kilkugodzinnym trekingom. Tylko jednego dnia miała być luka pogodowa. Chcieliśmy przejść szlak w Parku Narodowym Taranaki i słynny Tongariro Alpine Crossing. Ponieważ przez kolejne trzy dni miało padać, musieliśmy zdecydować się na jeden z nich. Nie mogliśmy odpuścić Mordoru z Władcy Pierścieni, więc niestety pominęliśmy Taranaki.

Tongariro Alpine Crossing

Tongariro Alpine CrossingTongariro Alpine Crossing uważany jest za najpopularniejszy szlak w Nowej Zelandii. Dziewiętnasto kilometrowy spacer pozwala zobaczyć wszystkie trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe oraz Tongariro. Ponieważ zaczyna się i kończy w zupełnie innym miejscu, trzeba wcześniej pomyśleć o transporcie. Autostop jak najbardziej wchodzi w grę, trzeba tylko się postarać i w miarę sprawnie przemaszerować trasę, żeby nie łapać w ciemności. W lato nie ma problemu, jesienią i zimą dzień kończy się całkiem wcześnie.
Już o 7 rano dotarliśmy na parking rozpoczynający szlak. W nocy z nieba spadły hektolitry deszczu. Wierzyliśmy mocno, że wypadało wszystko, co miało i już do końca dnia nie skapnie na nas nawet kropelka. 🙂
Początek Tongariro Alpine Crossing to prawdziwy spacer, bez żadnych wzniesień. Można spokojnie podziwiać wulkan Ngauruhoe – najbardziej symetryczny ze wszystkich trzech.

Tongariro Alpine CrossingPóźniej zaczynają się schody. Nie w przenośni, a prawdziwe schody. Być może wiecie z poprzednich wpisów – za wchodzeniem po schodach nie przepadam, wolę po prostu wzniesienia. Na szczęście nie była to nieustająca drabina, jak w Mount Cook, tylko wzniesienia przeplatane kilkunastoma stopniami. Szlak jest przygotowany pod turystów, może go przejść każdy – jeśli tylko pora roku sprzyja. My byliśmy już poza sezonem, więc w okolicach najwyższego punktu zastaliśmy śnieg. Pogoda zmieniła się w mgnieniu oka. Wiatr mroził nam nosy i wyprowadzał z równowagi. Momentami było nawet ślisko. Zaczęliśmy się poważnie zastanawiać czy odpuścić wysokim ambicjom i po zejść tą samą trasą. Nie byliśmy przygotowani sprzętowo na przemierzenie zaśnieżonego szczytu. W dodatku chmury zasłoniły niebo i prawdopodobnie nie zobaczylibyśmy niczego po drugiej stronie. Jak większość trzeźwo myślących osób, po dotarciu do Czerwonego Krateru, zawróciliśmy.

Tongariro Alpine CrossingTongariro Alpine CrossingTaupo

Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do miasta Taupo, leżącego nad największym jeziorem w Nowej Zelandii o tej samej nazwie. Wieczorem wybrzeże wyglądało całkiem klimatycznie. 🙂 Pozytywnie zmęczeni siedmiogodzinnym trekingiem zmierzaliśmy już tylko na kemping, gdzie rozłożyliśmy nasze małżeńskie łoże w tyle auta. Odkąd podróżujemy nim sami, nie rozkładamy już namiotu, tylko składamy tylne siedzenia, pompujemy materace i mamy całkiem wygodne posłanie. Oszczędzamy czas na suszenie namiotu. 🙂
Rano zaczęliśmy dzień wcześnie, żeby zdążyć zobaczyć kilka atrakcji zanim zaskoczy nas zapowiadany znowu deszcz. Tak, jak na południowej wyspie mieliśmy ogromne szczęście do pogody, tak północ nie przyjęła nas radośnie.
Pojechaliśmy obejrzeć słynny wodospad Huka Falls, gdzie woda spada z zawrotną prędkością. Przelewa się tam 220.000 litrów wody w ciągu sekundy. Nie zatrzymaliśmy się tam na długo, bo kolejna atrakcja – Aratiatia Rapids wydawała się bardziej ekscytująca. Kilka razy dziennie, o stałych, wyznaczonych porach, otwierana jest zapora na rzece Waikato, dzięki czemu na kilkanaście minut woda wpuszczana jest w jej stare koryto. Przedstawienie naprawdę robi wrażenie. Fajne było też samo oczekiwanie na otwarcie. 🙂

Co robimy kiedy pada deszcz tak bardzo, że nie chce się nigdzie wychodzić? Zazwyczaj siedzimy w bibliotece. Sprawdzamy co się dzieje w sieci, kontaktujemy z rodziną i znajomymi, porządkujemy zdjęcia i filmy, szukamy informacji o miejscach, które zamierzamy odwiedzić, zapisujemy artykuły, które możemy później przeczytać bez dostępu do Internetu, rzucamy też okiem na to, co się aktualnie w Naszej Polsce dzieje.

Tak właśnie zrobiliśmy w to majowe popołudnie w Taupo.

Hobbiton

Hobbiton Movie Set to obowiązkowe miejsce do odwiedzenia dla fanów Władcy Pierścieni i nie tylko. Półtoragodzinna wycieczka z przewodnikiem po farmie, na której nagrano serię Władcy Pierścieni i Hobbita kosztuje grube miliony (79 NZD = około 225 zł/os), co uważamy za bardzo przesadne. Wiadomo, że wszystko przeliczone na złotówki będzie drogie, ale w tym przypadku nawet cena dolarowa jest niezrozumiale wysoka. Mimo to, zaliczamy Hobbiton do grona tych atrakcji, które chcemy raz w życiu zaliczyć. I jak było? Pięknie. 🙂 Pośród zielonych łąk wyłaniają się kolorowe norki hobbitów, które mają w sobie coś bajecznego. Dzięki opowieści pani przewodnik dowiedzieliśmy się dużo o historii, jak to się stało, że reżyser wybrał właśnie to miejsce, dlaczego domki zbudowane na potrzeby filmu nie zostały zburzone i jak zrobiono z tego wszystkiego niezły biznes. Zobaczyliśmy, gdzie nagrywane były wybrane sceny, co budziło naprawdę dużą radochę. Nie będę opisywać filmowych ciekawostek, żebyście mieli po co sami tam przyjechać. 🙂 Jedną tylko podzielę się informacją. Zastanawialiście się jak to jest, że Bilbo taki mały, Gandalf taki duży, a przecież w rzeczywistości obaj są normalnej wielkości aktorami? Żeby pokazać znaczną różnicę wysokości reżyser stosował różne triki. Kazał na przykład zbudować dwie norki Bilba – dużą i małą. W jednej nagrywane były sceny z hobbitem, w drugiej z czarodziejem, chociaż w filmie przebywają oni w jednym domu. Taki cwaniak z niego 🙂

Hobbiton poleca się zwiedzać przy dobrej pogodzie i właśnie taka nam się trafiła tego dnia. Byliśmy szczęśliwi jak dzieci. Zwieńczeniem spaceru było piwo lub cydr w słynnej karczmie „Green Dragon”.

Blue Springs, Rotorua i Tauranga

Nadrabiając trochę kilometrów, z Hobbitonu pojechaliśmy do słynącego z gorących źródeł miasta Rotorua. Po drodze mieliśmy jednak do zobaczenia krystalicznie czyste źródła Blue Springs. W wodzie można się dosłownie przejrzeć. Nie zabrania się też popływać. 🙂 Co ciekawe, temperatura wody jest stała, ale niekoniecznie ciepła. To tylko 11 stopni!

Blue SpringsPrzejeżdżając przez Rotoruę nie da się nie poczuć wszechobecnego zapachu siarki. Cała okolica pełna jest gorących źródeł i gejzerów. Można skorzystać z naturalnych SPA. 🙂 Nie planowaliśmy zatrzymać się w tym mieście na długo. Zobaczyliśmy ogromne jezioro Rotorua i dwa mniejsze, ale bardziej urokliwe jeziora o barwnych nazwach: niebieskie i zielone.
Jeszcze tego samego dnia spieszyliśmy do Taurangi zobaczyć się z Asią i Adamem – znajomymi, z którymi wcześniej podróżowaliśmy w Australii i na Południowej Wyspie. Tradycyjnie zjedliśmy razem nowozelandzkie fish and chips. Oczywiście knajpę prowadzili Chińczycy, bo jakżeby inaczej. 🙂

Zamarzył nam się jachtostop

Od tego momentu nasza podróż po Północnej Wyspie zaczęła mieć nieco inny charakter. Nasze myśli nie skupiały się już na zwiedzaniu. Upływ ważności wizy zbliżał się coraz bardziej, a nam marzyło się opuścić Nową Zelandię drogą morską, a nie samolotem. Zanim jednak mogliśmy oddać się zupełnie poszukiwaniom kapitana, który zechciałby nas na swoim pokładzie, musieliśmy sprzedać samochód. W tym właśnie celu udaliśmy się do Auckland – największego miasta Nowej Zelandii, w którym mieszka chyba więcej ludzi niż na całej Południowej Wyspie. Już dużo wcześniej byliśmy umówieni z kilkoma osobami na oglądanie auta, więc jak tylko dojechaliśmy na miejsce, zaczęliśmy działać. Chociaż pierwsza osoba nie zechciała naszej Orthii, kolejna była już bardzo zachwycona i zdecydowała się od razu. Takie biznesy to ja mogę robić. : ) Koniec końców wyszliśmy na tym na plusie, zwróciło się parę fish and chips.

Jak tylko sprzedaliśmy auto, ponownie zaczęła się autostopowa przygoda. Z samochodem jest niebiańsko wygodnie, ale stop to dopiero frajda z podróży. Stopowaliśmy na północ, w kierunku portów Opua i Whangarei, gdzie mieliśmy szukać naszego szczęścia z jachtostopem.

W Nowej Zelandii już zima i chociaż wygodniccy nie jesteśmy, nie chcieliśmy już nocować pod namiotem. Wróciliśmy do Couchsurfingu, dzięki czemu mieliśmy przyjemność poznać prokuratora hodującego świnki, który pewnego razu pokazał nam jak szybko i sprawnie zapewnić sobie kilkanaście kilogramów mięsa na obiad. Żeby było śmiesznie, zaraz po wizycie u tego pana zamieszkaliśmy z grupką młodych wegan, którzy w szafkach mieli głównie jedzenie oznaczone modnym aktualnie: organiczne. Ludzie na świecie są tak bardzo różni. Właściwie dlatego jest tak ciekawie. 🙂 Ostatnia osoba, która gościła nas w Nowej Zelandii to William – Maorys z milionem pomysłów w głowie, próbujący zrealizować je wszystkie na raz, co kończy się marnym skutkiem. William zabrał nas do Ngawha Springs, gdzie mogliśmy zanurzyć się w kilkunastu basenach z gorącą wodą wydobywającą się prosto z ziemi. W każdym z nich temperatura wody jest inna i podobno ma inne właściwości lecznicze. Chociaż ciężko było się przyzwyczaić to takiego gorąca – nawet 40 stopni, wyszliśmy stamtąd cudownie wypoczęci. To miejsce będziemy wspominać najlepiej z całej Północnej Wyspy.

A co z tym jachtem?

Nasza wiza była ważna do 5 czerwca 2016. Poszukiwania zaczęliśmy 22 maja (nie biorąc pod uwagę dużo wcześniej wysłanych listów do marin z prośbą o wywieszenie naszego ogłoszenia na tablicy). Dzień w dzień odwiedzaliśmy na zmianę mariny i pytaliśmy kapitanów, czy nie potrzebują załogi. Dzień w dzień stopowaliśmy kilkadziesiąt kilometrów z Waipapa, Kerikeri albo Kaikohe (w zależności, gdzie akurat mieszkaliśmy) do portów i z powrotem. Dzięki temu w tydzień poznaliśmy więcej nowych osób, niż przez całą naszą podróż w Nowej Zelandii. Wiedzieliśmy, że sezon na żeglowanie w stronę wysp Południowego Pacyfiku jeszcze się nie skończył, więc nadal mamy szanse. Wiedzieliśmy też, że większość jachtów wypłynęła dwa tygodnie wcześniej i została już tylko garstka, ostatni rzut czekających na dobrą pogodę. Nie traciliśmy wiary. Nauczyliśmy się już, że jeśli czegoś chcemy to musimy na to zapracować, nic się samo nie dzieje. Minęło 8 dni, dokładnie za 3 dni odlatywał nasz samolot (niestety w razie niepowodzenia z jachtem musieliśmy mieć zapewniony transport na opuszczenie kraju). Byłam już zrezygnowana, już miałam dosyć. Nawet jeśli się ktoś zgodzi, to mało prawdopodobne, że wypłynie akurat za chwilę, żebyśmy zdążyli jeszcze przed datą ważności naszej wizy. Piotrek, chociaż też zasmucony, nie poddał się. Już mieliśmy wracać do domu i szykować się do podróży do Auckland, kiedy nagle zadzwonił telefon. Kapitan ze swoją żoną znaleźli nasze ogłoszenie w pralni w marinie i zaprosili nas na spotkanie. Rozmawialiśmy dwie godziny, nie pozwalając sobie za wcześnie się ucieszyć. Mieliśmy dostać odpowiedź w ciągu kolejnych dwóch dni czy chcą, żebyśmy im towarzyszyli w podróży do Nowej Kaledonii. Jak na szpilkach sprawdzaliśmy co chwilę skrzynkę mailową…

31 maja dostaliśmy telefon – PŁYNIEMY!!!
Lepszego prezentu urodzinowego nie mogłam sobie wymarzyć. 🙂

Plyniemy do Nowej KaledoniiDaria

Więcej zdjęć w naszej galerii i na facebook’u. Zapraszamy serdecznie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow