Maroko

O tym jak postawiliśmy pierwszy krok poza Europą, spędziliśmy Sylwestra na pustyni, przemierzyliśmy Maroko autostopem w walce ze stereotypami i poznaliśmy prawdziwą marokańską gościnność.

22 grudnia 2014 – 6 stycznia 2015

Odkąd wiedzieliśmy, że jedziemy na Erasmusa do Portugalii, marzyło nam się odwiedzić Maroko. Przecież stamtąd to już rzut kamieniem. W listopadzie kupiliśmy tani lot z Madrytu do Tangieru na okres świąteczno – noworoczny. Do Madrytu dostaliśmy się z naszą hiszpańską współlokatorką Nurią, która na święta wracała swoim autkiem do domu. W Madrycie gościła nas chilijska rodzina, czyli tata Alejandro ze swoją uroczą żoną i jeszcze słodszą córką. Cudownie szczęśliwa i pozytywna rodzinka. Na zwiedzanie mieliśmy mało czasu, dlatego zdecydowaliśmy się tylko na kilka miejsc w stolicy Hiszpanii opanowanej przez świąteczne szaleństwo. Dla samych nocnych widoków warto tam przyjechać.

Nasza trasa w Maroku

Droga przez Maroko

Tangier – uderzenie szoku kulturowego

Po wyjściu z terminala lotniska uderza nas mocne słońce i piękny widok palm. Nie byliśmy przygotowani na aż takie ciepło pod koniec grudnia! Ugadujemy się z przypadkowo spotkaną parką z plecakami na wspólną taksówkę. Czemu nie, będzie taniej. W dodatku kolega mówi po hiszpańsku, będzie łatwiej się targować. Stoi rząd Grand Taxi, zaczyna się licytacja. Po odmowie trzech propozycji, wraca do nas ponownie pierwszy pan i godzi się na naszą cenę. A czemu hiszpański miał pomóc? Taksówkarze poza swoim arabskim i francuskim znają właśnie hiszpański, żeby dogadywać się z turystami. Docieramy do dworca autobusowego w Tangierze, gdzie czekamy na Assie, naszego pierwszego hosta. Okazuje się, że nie może nas przenocować, bo ma problemy z sąsiadami, ale załatwiła nam spanko u swoich kolegów. Dzięki niej poznajemy całą paczkę studentów i kilku innych ich gości, w tym Joela i Mike’a, którzy przylecieli z USA. Chłopaki wynajęli auto, więc wozimy się z nimi po mieście. Do małego autka wejdzie i sześć osób, pierwszeństwo na drodze ma… ten szybszy. Jeśli nie ma gdzie zaparkować, to czemu nie na drodze. Jest wesoło. Szacunek dla Joela, że ogarnia ten uliczny chaos i to mu się podoba.
Chociaż pierwsze godziny w Tangierze przynoszą lekki szok kulturowy, to szybko się dostosowujemy. Maroko to pierwszy kraj, a Tangier to pierwsze miasto poza Europą, które odwiedzamy. Wszystko jest takie „inne”. Szokujące są ogromne dysproporcje. Na jednej, ulicy obok siebie jedzie nowy Bentley i pan na osiołku. Ludzie – jedni ubrani są w tradycyjne płaszcze z kapturami zwane dżelabami, inni noszą to co my w Europie. Mnóstwo osób stoi sobie po prostu na chodniku i obserwuje. Mają czas, nigdzie im się nie spieszy. W większości są to mężczyźni. W mieście nie kursują autobusy, tylko taksówki z bardzo niskimi cenami dla autochtonów, turyści zawsze zapłacą więcej, dlatego warto znać kogoś pochodzącego „stąd”.

Anas – nasz host, zabiera nas do ulubionej kawiarni Cafe Hafa znajdującej się wzdłuż klifu z widokiem na morze, gdzie mamy okazję po raz pierwszy spróbować prawdziwej, marokańskiej herbaty. Świeże liście mięty z zieloną herbatą i ogromną ilością cukru. Normalnie piję bez, ale ta jest wyjątkowo pyszna. Ponieważ studenci mają pilną pracę do zrobienia na studia, zabierają nas wieczorem do studenckiej knajpy. Oni pracują na komputerkach, a my próbujemy marokańskiego specjału – tajinu, który w dalszej podróży pojawia się jeszcze wiele razy. Niestety tym razem prosimy o sztućce, bo jeszcze nie wyobrażamy sobie jeść paluchami.

Rabat – odkrywamy smaki stolicy

Następnego dnia odwiedzamy Medynę z Joelem i Mike’m i jedziemy z nimi do Rabatu. Szczęśliwie się składa, że ich kolejny cel był taki, jak nasz. Chłopaki mają zarezerwowany hostel, my śpimy u Redy w Sale – dzielnicy na obrzeżach Rabatu. Ponieważ Reda nie może się nami zająć w ciągu dnia, umawiamy się z Ahmedem. Zaprowadza nas on do ładnej i taniej restauracji, do tego sam wybiera co mamy zjeść, żeby nam ułatwić sprawę. Na wejściu wita nas pan z czajniczkiem z wodą i polewa nam ręce. Ma to być przygotowanie do jedzenia. Mimo tego, wolimy umyć porządnie łapki, bo Ahmed nauczy nas jeść jak człowiek, czyli bez widelca. Jest z nami też Mike i dwie Niemki płynące jachtostopem do Ameryki Południowej. Dołącza też Reda. Towarzystwo jest wyborne, chociaż widzimy się z tymi ludźmi po raz pierwszy, czujemy się swojsko. Ahmed zgadza się spędzić z nami też kolejny dzień. Pokazuje nam Medynę, port, opowiada o historii meczetów i władców. Dzięki niemu nasz pobyt w Rabacie jest bardzo wartościowy i ciekawy. Jesteśmy bardzo wdzięczni za jego bezinteresowną pomoc.

Meknes – wieczory z berberyjską muzyką

Kolejnym punktem na trasie jest Meknes. Udaje nam się złapać stopa zanim jeszcze zatrzymujemy się przy drodze. Zabiera nas pan prawnik. Po drodze zaprasza nas na kawę i śniadanko. To ciekawy człowiek, w dodatku ma dwie żony, co w obecnych czasach nie jest już zbyt popularne. Mimo, że prawo pozwala, mało kogo stać na utrzymanie dwóch kobiet. Proponuje, żebym została trzecią. Taka okazja! Pan mieszka jeden dzień u jednej żony, drugi u drugiej. Każda musi być traktowana tak samo. „Z pierwszą żoną nie mogłem mieć dzieci, tylko dlatego ożeniłem się drugi raz. Ale kocham najbardziej tą pierwszą”. Przecież nie da się po równo kochać dwóch. Nawet religia tego nie zmieni.
W Meknes goszczą nas znowu studenci. Mieszkamy z Omarem i jego towarzyszami. Po wejściu do domu, tak naprawdę nie wiadomo kto tam mieszka, a kto nie. Są cztery pokoje, każdy z nich wyłożony materacami. W całym domu jest tylko jedno łóżko. Pytamy gdzie możemy spać. Omar na to: gdzie chcecie. Wprawia nas to w zakłopotanie, więc pytamy gdzie on śpi. „A różnie, raz tu, raz tu”. Dziwna sprawa, wygląda to tak, jakby nie był u siebie. Mieszkanie, choć zadziwiające, jest nadzwyczaj przytulne. Te materace na podłogach, na ścianach odrysowane dłonie, wisząca tradycyjna szata berberyjska, marokańska gitara (nie pamiętam niestety nazwy) i jedno łóżko w rogu. Dla kontrastu telewizor i Playstation. W pokoju, w którym ostatecznie mamy spać są tylko maty i kilka warstw koców na podłodze. Na ścianach powycinane kawałki gazet.
Omar zabiera nas na przechadzkę po mieście i na przekąskę w ulicznej budce. Trochę ryzykujemy, ale raz się żyje. Omar to dobry chłopak, ale przewodnikiem okazuje się średnim. Wszędzie jest dla niego daleko i wszystkie miejsca są mało ważne. Niestety w takim wypadku w ruch idzie przewodnik i zwiedzamy punkt po punkcie według niego. W pewnym momencie wszystko nam się zaczyna wydawać podejrzane. Omar mówi, że wszędzie daleko, tak jakby mu się nie chciało, nie jest zbyt rozmowny. Zabiera nas na jedzonko i podano to coś zanim jeszcze zamówiliśmy, tak jakby z góry wiedzieli co chcemy. Do tego, gdy przychodzi do płacenia, Omar mówi, że zapomniał portfela. Zaczynamy widzieć czarny scenariusz i obwiać się o nasze rzeczy zostawione w domu z obcymi ludźmi. Jego porcja kosztowała grosze, ale nie o to przecież chodzi. Zaczęliśmy być po prostu podejrzliwi.
Później bardzo się tego przed sobą wstydzimy, bo nasze obawy były zupełnie bezpodstawne. Czas spędzony z nim, jego współlokatorami i gośćmi jest najweselszym z całego naszego pobytu w Maroku. Razem siedzimy w małym pokoiku, razem jemy, dzielimy się mandarynkami, pijemy miętę, gramy na gitarze i śpiewamy berberyjskie piosenki, z których jedną pamiętamy do dziś. Chcemy wtopić się na chwilę w ich kulturę. Niesamowitym doświadczeniem jest jedzenie z jednego wielkiego talerza. Dziewięć osób siedzących na podłodze wokół niskiego, okrągłego stołu. Każdy dostaje harszę – arabski okrągły, płaski chleb. Trzeba ułamać kawałek, za jego pomocą nabrać jedzenie i do buzi. Zazwyczaj jedzenie jest papkowate albo składa się z miksu warzyw, więc jest łatwo. W całej potrawie przeznaczonej dla wszystkich osób można znaleźć dwie lub trzy pałeczki z kurczaka. Nasi koledzy jedzą skromnie, mięso jest drogie, ale dzielą się z nami wszystkim co mają. Na deser po obiedzie moje ulubione MANDARYNKI.

Cudowne jest to, jak stopniowo każdy otwiera się przed nami z językiem angielskim. Tylko Omar potrafi mówić płynnie. Niektórzy nie mówią w ogóle, inni trochę, ale się wstydzą. Język nie jest barierą. Czasem wystarczy uśmiech i muzyka. Kiedy już każdy czuje się swobodnie, możemy rozmawiać nawet na trudniejsze tematy. Zabrzmi śmiesznie, ale tłumaczymy naszym kolegom dlaczego mamy dzień i noc, pory roku, dlaczego kobiety mają okres. Przecież studiują, więc podstawową wiedzę muszą posiadać. Może po prostu skupiają się na konkretnej dziedzinie. Nie wnikam w system nauczania. Rozmawiamy też dużo o różnicach między ich kulturą, a naszą, przede wszystkim o prawach kobiet. Chcę sprawdzić czy oni, młodzi ludzie faktycznie uważają, że kobieta ma mniejsze prawa, że musi się słuchać męża. Mam nadzieję, że nowe pokolenie już nie przestrzega tak bardzo narzuconych norm. Buzuje się we mnie, kiedy Omar mówi, że można uderzyć kobietę, bo to sprawia, że kobieta ma szacunek do mężczyzny. Dowiedzieliśmy się, że po ślubie żona może się spotykać tylko ze znajomymi męża, rezygnuje zupełnie ze swoich dotychczasowych przyjaciół. Chyba, że mąż będzie spotykał się z nią i jej przyjaciółmi, ale to się rzadko zdarza. Jest z nami jedna para, wiec mamy żywy przykład. Pytam dziewczynę czy po ślubie jest gotowa zostawić wszystko i będzie pytała męża za każdym razem, gdy będzie chciała wyjść z domu. Odpowiada z przekonaniem i uśmiechem, że tak. Ostatnie pytanie pada w stronę chłopaka: uderzyłbyś ją? – NIE. I tu odetchnęłam z ulgą. Ciężki temat. Trzeba być tolerancyjnym, ale nie pokonam w sobie sprzeciwu do takich norm.

Ci młodzi ludzie mają dużo marzeń, ale przede wszystkim chcą skończyć studia i mieć dobrą pracę. Pochodzą ze wsi, gdzie cała rodzina pracuje na roli. Wiedzą, że tylko z dobrą pracą będą mogli odwiedzić Europę, o której tak dużo słyszą w telewizji.

Azrou – czasem warto zboczyć z ustalonej ścieżki

Z Meknes udaje nam się łatwo dostać do Azrou – małej mieściny pomiędzy górami, w której właściwie nic nie ma, oprócz pięknych widoków. Zdecydowaliśmy się tam pojechać ze względu na zaproszenie z Couchsurfingu. Nie było tego w pierwszym planie, ale czasem warto zboczyć ze ścieżki. Dzięki temu poznaliśmy Abdesa – wielbiciela gitary i dzikiej przyrody, z którym mamy kontakt do dziś.

Merzouga – Nowy Rok na pustyni

Z Azrou wracamy do Meknes. Podczas całej naszej wyprawy tylko raz korzystamy z tradycyjnego środka transportu. Jedziemy autobusem z Meknes do Merzougi, żeby znaleźć się na pustyni i tam spędzić Nowy Rok. Przemieszczamy się w nocy, żeby nie tracić dnia. Zajmuje nam to około dziesięciu godzin. W Merzoudze ma na nas czekać nasz host – Mustafa. Wysiadamy z autokaru o 7 rano, jest jeszcze ciemno i zaskakująco strasznie zimno. Cała się trzęsę. Szukam kogoś czekającego na Darię. Pojawia się pan, ma na karteczce napisane Darya, ale to nie Mustafa. Mówi, że ma nas zabrać, że jest wujkiem Mustafy. Włącza nam się ostrożność. Dużo się naczytaliśmy o naciągaczach. Zabierają Cię do siebie, a później każą płacić albo ściągają do hotelu znajomego. Najgorsze przekręty zdarzają się jeszcze na drodze. Autokar zatrzymuje się kilkanaście km przed Merzougą, wsiadają do niego berberyjscy mężczyźni i oferują, że zawiozą Cię autem na miejsce noclegu. Później okazuje się, że wiozą nie tam gdzie chcesz, tylko do jakiegoś swojego znajomego. Masz do wyboru, albo zostać i zapłacić tam, albo… pan taxi driver zawiezie Cię na miejsce, ale za dodatkową opłatą oczywiście. Piszę to nie po to, żeby straszyć. Trzeba być ostrożnym, w naszym autobusie jeden Pan skusił się na taką ofertę. Po co się później stresować. Zwłaszcza, że w takim wypadku wyprawa nie będzie już niskobudżetowa.
Pan, który podaje się za wujka Mustafy zabiera nas swoim autkiem, zaprasza do ładnego pokoju z łóżkiem, lustrem, komodą. Mówi, że możemy się przespać. Coś za ładnie to wszystko wygląda. Pewnie każą nam za to później zapłacić. Budzimy się o 10.30 z ufnością, że będzie dobrze. Wita nas nasz host, wyjaśnia całą sytuację i częstuje śniadaniem. Okazuje się, że ten piękny pokój to miejsce dla klientów hotelu (hotel na zdjęciu). My musimy przenieść się na poddasze, gdzie czeka na nas materacyk na podłodze, kocyki, poduszki i mała szafka nocna. Teraz wszystko jest w porządku, zgodnie z naszymi wymaganiami podróżniczymi.

Merzouga zamieszkiwana jest przez Berberów, którzy przybyli tam z pustyni w poszukiwaniu prądu, dostępu do wody i „normalnego” życia. Mieszkają bardzo skromnie, całe rodziny w jednym pokoju, który służy za salon, sypialnię i kuchnię. Kobiety trzymają się razem, pracują przy zwierzętach z małymi dziećmi na plecach. Panowie zarabiają pieniądze a ich jedyne dochody to te od turystów. Pracuje się w hotelach, w biurach turystycznych oraz organizuje wyprawy na pustynię. Miasteczko składa się z jednej ulicy, wzdłuż której rozstawione są stragany z pamiątkami, ubraniami, szalami oraz przydrożne knajpki z jedzeniem.
Podczas gdy rodzina naszego hosta mieszka w „lepiance”, w jednym pokoiku, my mamy warunku godne turysty. Nasz hotel stoi tuż obok domu rodziny. Mamy prąd i prysznic z ciepłą wodą, a nawet Internet. Ponieważ wieczory są bardzo chłodne, w nocy dochodzi do -2 stopni, idziemy do pani gospodyni poprosić o herbatę. Kobiety z każdego pokolenia siedzą w pokoju oglądając telewizor. Nie znamy berberyjskiego, a one nie mówią nawet po arabsku czy francusku, więc dogadujemy się innymi sposobami.

Czas spędzony w Merzoudze jest totalnym odprężeniem, trzy dni z daleka od świata. Wdrapujemy się na wydmy, oglądamy zachody słońca i spacerujemy. Mustafa nie ma dla nas za dużo czasu, bo w sezonie noworocznym ma dużo pracy. Każdy, kto dociera w to miejsce chce wybrać się na wyprawę na pustynię na wielbłądach (a właściwie dromaderach). Zazwyczaj rusza się po południu jednego dnia, zostaje na noc i wraca rano. Rezygnujemy z tej opcji z dwóch powodów. Po pierwsze kosmiczna cena w sylwestrowy czas, po drugie noce są bardzo zimne. Wystarcza nam wyprawa dzienna. Ruszamy około jedenastej, docieramy do obozu, a tam Mustafa przygotowuje dla nas obiad. My w tym czasie, szczęśliwi jak dzieci, możemy pozjeżdżać na ‘sandboardach’. Piękne uczucie. Takie małe, a cieszy. Do tego po obiedzie uczymy się grać na bębenkach. Wracamy po południu, jeszcze w słońcu. Taka przyjemność kosztuje nas niemało, bo 35 Euro za osobę. Chociaż to bardzo komercyjna atrakcja, nie możemy sobie tego odmówić. Wiedząc, że Mustafa dzięki temu będzie miał więcej pieniędzy na utrzymanie rodziny, nie wahamy się długo z decyzją. Pieniądze zarobione w sezonie muszą zapewnić byt w czasie, kiedy mało się dzieje w tym zakątku.

A gdzie Nowy Rok? Spokojnie, w łóżeczku. Nie świętujemy. Wszędzie wkoło jest zupełna cisza. Balują ludzie w hotelach (prawdziwych, bo nasz dom nazywam tak z powodu braku innego słowa). W domu mieszka poza nami tylko jedna para.

Ourzazat (Warzazat) – spotkanie ze skromnym artystą scenografem

Z Merzougi ruszamy w stronę Ourzazat, udaje nam się przekonać młodych chłopaków wracających po imprezie sylwestrowej do domu, żeby nas zabrali ze sobą. Kierowcy boją się policji, w razie kontroli mogą być oskarżeni o bezprawne przewożenie osób za pieniądze. Musimy się nauczyć ich imion, żeby w razie czego potwierdzić, że są naszymi kolegami. Chłopcy się boją, ale ostatecznie nie żałują. Po drodze zaprasza nas do domu teściowa jednego z nich. Po chwili cały stół zostaje zastawiony smakołykami. Marokańska gościnność nie zna granic.

Do Ourzazat docieramy wieczorem, w sumie z Merzougi na trzy razy, chociaż każdy kolejny kierowca mówił, że nie damy rady, lepiej poczekać do jutra. W Ourzazat gości nas Hakim z żoną. Hakim tworzy scenografie do filmów. Oprowadza nas po jednym ze studiów filmowych, gdzie kręcono między innymi Babel i Gladiatora. Mogliśmy podziwiać jego własne dzieła, np. tron króla. W piątki w Maroku jada się kuskus. Żona Hakima gotuje go specjalnie dla nas, chociaż jej mąż nie przepada na tą potrawą.

Marrakesz – wiecznie żywy Dżemaa el-Fna

W Ourzazat zostajemy tylko jeden dzień i mknięmy przez kręte, górskie drogi do Marrakeszu. Tam mieszkamy u Mustaphy – starszego pana, nauczyciela angielskiego, który bez przerwy gości po kilka osób w swoim mieszkaniu. Razem z nami mieszka dwóch Amerykanów i turecko – holenderska para. To dobra okazja do poznania ludzi i poszerzenia horyzontów. Każdy ma swoją historię podróży i inny plan na dalszą. Mustapha szkicuje nam na mapie co warto odwiedzić, skoro mamy tylko jeden dzień. Mimo przeziębienia dajemy radę. Jedno tylko będę źle wspominać do końca życia. Lekarstwem Mustaphy na przeziębienie jest wypicie pół szklanki oliwy z oliwek. Raz się żyje – pomyślałam, ale to nie był dobry pomysł.

Głównym punktem zwiedzania jest oczywiście Dżemaa el-Fna. Ciekawe zjawisko. Jest tam wszystko. Kolorowe stoiska z owocami, przyprawami, do tego zmęczone węże już wcale nie tańczące, panowie grający na czym tylko się da. Poza tym można obserwować zabawy w łapanie butelek wędką, taki miejscowy hazard.

Marrakesz jest najpopularniejszym turystycznie miastem Maroka. Nigdzie indziej nie widzieliśmy bogatych hoteli jeden przy drugim. W dodatku tylko tutaj turyści nie do końca szanują nakaz noszenia w miarę zakrytego ubioru.

Cassablanca – miasto piękne nocą

Dalej pomykamy do Cassablanki, gdzie przyjmuje nas młode, szalone małżeństwo. Zanim jednak docieramy do ich mieszkanka, jesteśmy zaproszeni na obiad do teściów Hichama. Są tak szczęśliwi, że mogą ugościć młodych ludzi z daleka. Wieczorem Hicham z żoną i jej siostrą zabierają nas na spacer wzdłuż wybrzeża, a w nocy oglądamy filmy. Hicham jest fanem filmu, ma mnóstwo płyt i plików na dyskach. Można z nim dyskutować o filmach non stop. W Cassablance nie odwiedzamy wielu miejsc. Spacerujemy po mieście i przechodzimy przez miejscowy suk. Za największą atrakcję uważamy zobaczenie nocą ogromnego Meczetu Hasana II z najwyższym minaretem i trzeciej największej powierzchni na świecie. Niesamowity widok. Niestety, nie możemy wejść do środka, ale z progu widać najważniejsze elementy. Hicham tłumaczy nam jak wygląda modlitwa i czym charakteryzuje się ich wiara. Okazuje się, że jeszcze wiele nie wiedzieliśmy o Islamie.

Meczet Hasana II

Dziwnym przypadkiem oboje zepsuliśmy prawe buty – mi zepsuł się zamek, a Piotrek przedziurawił podeszwę na wylot. Czyżbyśmy za dużo chodzili? 🙂

Rabat – pożegnanie pięknej krainy

Ostatnia prosta, zatoczenie kręgu i jesteśmy z powrotem w Rabacie. Ponowne spotkanie z Ahmedem, który odwozi nas na lotnisko. Ten człowiek towarzyszył nam przez całą podróż po Maroku. Kiedy nie był z nami, dzwonił pytając czy nie potrzebujemy jakiejś rady albo pomocy.  Wracamy do Madrytu. Nocka na lotnisku i w dzień powrót z Nurią do naszego kochanego Guimareas.

Moja opinia

Po powrocie z wyprawy stwierdziłam, że gdyby nie CS, moje wrażenia z Maroka byłyby dużo słabsze. Ciężko byłoby się odpędzić od nagabywaczy w medynach i naciągaczy w taksówkach. To poznane osoby z CS poprowadził nas w ciekawe miejsca, których sami byśmy nie znaleźli. Same miasta mnie nie zachwyciły. Zachwycili mnie ludzie, widoki, jedzenie. Dlatego też w żadnym wypadku ten wpis nie jest rodzajem przewodnika po atrakcjach Maroka. Jest moim wspomnieniem.

Maroko to najlepsza do tej pory nasza podróż biorąc pod uwagę doświadczenie ze spotkanymi osobami i odmiennością kulturową. Dwa tygodnie to mało. Zdecydowanie chcemy tam wrócić, odwiedzić poznanych i spotkać nowych dobrych ludzi.

Maroko588

Couchsurfing w Maroku

W każdym mieście, który odwiedzaliśmy, mieliśmy umówionego hosta z Couchsurfingu już przed przyjazdem. Dzięki temu nie musieliśmy targać ze sobą namiotu. Poszukiwanie hostów było bardzo ciekawym doświadczeniem. Nie spotkałam się jeszcze z takim odzewem na ogólne zapytanie na CS. Zanim wysłałam osobiste prośby, wpisałam tylko ogóle zapytanie. W ciągu jednego dnia odpowiedziało mi sto (!!) osób, w większości z Merzougi. Z tej setki musiałam wyselekcjonować kilka. Wydawałoby się łatwe, ale niekoniecznie. Większość z tych osób zwyczajnie nie budziła zaufania. Zero referencji, prawie puste profile. Bezpieczniej było napisać dodatkowe bezpośrednie prośby do osób z porządnymi profilami. Dwie osoby przyjęły nasze prośby o nocleg z dnia na dzień, więc da radę też spontanicznie ruszyć w trasę. Maroko jest pełne otwartych ludzi, ciekawych europejskich przybyszów.
Couchsurfing jak najbardziej działa. Trzeba tylko unikać niesprawdzonych osób. Zdarzają się wyzyskiwacze. Dla Marokańczyków spotkanie z osobą z Europy jest czymś wyjątkowym, bo sami mają problem z opuszczeniem kraju. Przez całą podróż nocowaliśmy w ośmiu domach i w każdym spotkała nas prawdziwa gościnność.
Korzystając z CS w Maroku należy wziąć po uwagę, że standard mieszkania w większości przypadków nie będzie wysoki. Spośród wszystkich miejsc, w których nocowaliśmy, tylko trzy miały prysznic. Często w toaletach jest otwór w podłodze nad którym polewa się wodą z miski. Wodę grzeje się na butli gazowej. Brak prysznica czy sedesu nie zawsze oznacza biedę. Po prostu tak były budowane domy.

Autostop w Maroku

Autostop w Maroku to bajka. Stoi się dosłownie kilka minut. Marokańczycy są bardzo zainteresowani poznaniem obcokrajowców, zwłaszcza białych. Smutne jest to, że zabierają białych, a swojego rodaka nie, bo sobie nie ufają. Należy uważać na taksówki (zawsze nas skasują więcej niż by wypadało). Główne drogi w Maroku są asfaltowe. Nie ma problemu z komunikacją między dużymi miastami. Trudniej może być z dotarciem stopem do atrakcji przyrodniczych położonych z daleka od głównych dróg. Ale…dla chcącego nic trudnego.

Daria

2 odpowiedzi do artykułu “Maroko

  1. Aras

    Świetnie się czytało i mimo, że jesteście daleko to miałem wrażenie jak bym słuchał Waszej opowieści przy grillu.Gorąco pozdrawiam Was na trasie i trzymajcie się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow