Manila – jak odnaleźć piękno w chaosie

Kolejnym przystankiem na naszej drodze do Australii była Manila na Filipinach. Nie traktowaliśmy tego jako zwykłą przesiadkę. Staraliśmy się maksymalnie wykorzystać dane nam pięć dni w stolicy. Ciężko było nam sobie uświadomić, że w tym punkcie, który od tak dawna obserwowaliśmy na mapie, właśnie realnie stoimy.

4-9 grudnia 2015

W Manili, stolicy Filipin, wylądowaliśmy dokładnie 4 grudnia. Z lotniska odebrał nas Allen, który gościł nas ze swoją dziewczyną Julie w Imus, niedaleko stolicy. Zaopiekowali się nami, pozwolili spróbować dużo różnych, tradycyjnych, filipińskich potraw. Najlepiej smakowała nam zupa, podobna do polskiego rosołu. Polubiliśmy też posiekaną wieprzowinę uprażoną z cebulką i smażone w głębokim oleju małe kraby. Ale był z nimi ubaw. 🙂 Owoce morza są niezłą frajdą dla nas, ale w smaku nie zachwycają. Próbowaliśmy też ulicznego jedzenia. Jedliśmy jelita kurczaka i świnki. Filipińczycy wykorzystują każdą część zwierzęcia, nic się nie zmarnuje. Dla mnie jednak największym rarytasem były owocowe soki i koktajle. Koktajl ze świeżego mango albo sok z kokosa z pociętym na wąskie paski kawałkami owoców. Pychotka!

Julie bardzo się ekscytowała wszystkim, co mogła nam pokazać. Byliśmy jej pierwszymi gośćmi z Couchsurfingu, ale szło jej bardzo dobrze. Też uwielbia podróżować, więc łatwo było się dogadać.

DSC_0089.JPG

Jak to często bywa w podróży, spotkała nas miła niespodzianka. Odwiedziliśmy rodzinę Julie. Było tam mnóstwo dzieci, krzyki i piski nie miały końca. Stanowiliśmy dla nich niezłą atrakcję. Miło było ich poznać, wszyscy chętnie z nami rozmawiali, nie wstydzili się. Na koniec wizyty odmówili za nas modlitwę o powodzenie w dalszej podróży.

DSC00522.JPG

Allen mieszka na terenie zamkniętego osiedla z dostępem do basenu. Dla mieszkańców to codzienność, więc nikt z niego nie korzysta. Dla nas – prawdziwe All Inclusive.

g0120762.jpg

Allen i Julie zabrali nas na wycieczkę do Tagaytay, nad jezioro wulkaniczne. Według mieszkańców to najzimniejsze miejsce na wyspie. Położone jest wyżej niż reszta miast. Wiele rodzin wybiera się na pikniki, spacery, korzysta z miejsc do zabawy dla dzieci. Bardzo popularne są zipline’y, czyli zjazdy na linie ponad doliną. Właśnie w Tagaytay złapał nas pierwszy deszcz podczas naszej wyprawy. Był ciepły, nieszkodliwy, ale przeszkodził w cieszeniu się widokiem z góry na wulkan pośrodku jeziora i okolicę.

Po dwóch dniach zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Pojechaliśmy do Alabang w Muntinlupa. To miasto położone w południowej części metropolii Manili. Ugościła nas Rhylie – specyficzna dziewczyna, pracująca w nocy, śpiąca w dzień. Jej doba życia wygląda nieco smutno. W tym trybie nie ma czasu dla siebie, ale dużo podróżuje i tym się nagradza. Mieszka sama, zwiedza świat sama. Nie zazdroszczę, ale podziwiam. Sama, jako dziewczyna, nie odważyłabym się. Poza tym, w towarzystwie jest mi o wiele lepiej. Miło jest mieć do kogo się odezwać, we własnym języku.

Ostatni dzień w wielkiej metropolii spędziliśmy z Marią, filipinką z Couchsurfingu, która nie mogła nas ugościć w domu, ale bardzo chciała spotkać się z nami i pokazać miasto. To ona uratowała nasz pobyt jeśli chodzi o zwiedzanie głównych punktów wartych turystycznych. Zabrała nas do starego miasta, gdzie zobaczyliśmy charakterystyczną, zabytkową zabudowę. Manila ma piękną, ogromną, klimatyzowaną katedrę. Aby wziąć w niej ślub trzeba wydać miliony. Ponieważ Filipiny to kraj niemalże w 100% katolicki, kościołów było co niemiara. Przed jednym z nich złapaliśmy młodą parę, zaraz po ślubie. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcie. Niespodziewanie, goście weseli zaczęli sobie podawać aparaty i telefony, chcieli nas też uwiecznić na swoim sprzęcie. Fajnie być celebrytą chociaż jeden dzień. 😛 Niezły ubaw miały dzieci, kiedy dołączyłam do ich tańca na ulicy. Choreografia nie była zbyt trudna.

Maria zabrała nas też na promenadę nad zatoką, gdzie wieczorem mnóstwo ludzi przychodzi po prostu posiedzieć, spotkać się ze znajomymi, popatrzeć przed siebie. Wszędzie było widać i czuć Święta. Osobiście lubię ten klimat. Fajnie być w kraju, w którym obchodzi się Boże Narodzenie. Najśmieszniejsze jest tylko to, że w galeriach handlowych w kółko grane są piosenki typu „pada śnieg”, a przecież oni w większości nigdy w życiu nie widzieli śniegu.

Maria była bardzo odważna, bo wybrała dla nas na obiad jedzenie filipińskie, nie wiedząc czy będziemy lubić to, co przyniosła. Tutaj właśnie pojawiły się pyszne, małe, chrupiące kraby. Oczywiście nigdy nie może zabraknąć do potrawy ryżu.

DSC00668.JPG

Manila jest ładna. Stwierdziłam to ostatniego dnia, kiedy zaczęłam zauważać coś więcej niż tylko miasto uwięzione w korkach. Od początku jednak dało się odczuć, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Mimo dosyć dużej przestępczości, Filipińczycy są bardzo otwarci, uśmiechają się na ulicy, wszędzie słychać: dzień dobry Madame, do widzenia Madame. Oczywiście najbardziej cieszą się dzieci. 🙂

Nie da się nie odczuć, że Manila jest okropnie zakorkowana. Jazda w mieście wygląda śmiesznie. Bez przepychania nigdzie się nie dojedzie. Na ulicy, oprócz aut, widać pełno skuterów, trójkołowców z dodatkowym koszem dla paseżera lub  skrzynką na sprzedawane produkty. Komunikacja miejska to głownie Jeepny – odpowiednik naszych autobusów. Do Jeepny wsiada się od tyłu, bo jest on tam zupełnie nieosłonięty. Są wyznaczone przystanki, ale można się też dosiąść w trakcie jazdy w korku. Pasażerowie siadają na jednej z dwóch ławek ustawionych wzdłuż kierunku jazdy. Śmiesznie obserwuje się cały ten uliczny ruch.

DSC00639.JPG

Będąc na Filipinach bardzo odczuliśmy to, że jesteśmy biali. Cały czas czuliśmy na sobie spojrzenia tubylców. Dowiedzieliśmy się, że dla filipińskich dzieci wyglądam jak lalka Barbie. W dodatku… Białe jest piękne, tak ich mózg kierowany jest przez reklamy telewizyjne. My w Polsce chodzimy na solarium, a oni oddaliby wszystko, żeby mieć jasną karnację. Ja narzekam, że po tygodniu w ciepłych krajach nadal jestem albinosem, a oni faszerują się tabletkami wybielającymi. Nikomu nie dogodzisz, każdy chce mieć to, czego nie ma.

Wniosek po pobycie na Filipinach: podróże naprawdę poszerzają horyzonty. Będąc tam uświadomiłam sobie jak bardzo jesteśmy wszyscy podobni na całym świecie. Człowiek marzy o tym, co mają inni, a nie docenia swojego. Jestem dumna, że mamy w Polsce morze, góry, cudowne Mazury, wiosnę, lato, jesień i zimę. Czy powinnam też zacząć cieszyć się, że jestem wiecznym albinosem?

Uzupełnieniem tej historii jest film oraz zdjęcia w galerii.

  Daria

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow