Laos – Nahin i jaskinia Kong Lor

Laos budzi w nas dużo skrajnych emocji. Z jednej strony zachwycająca, niezniszczona jeszcze ręką człowieka przyroda. Z drugiej wielka lekcja cierpliwości dla autostopowicza. To opowieść o tym jak w ciągu dwóch dni śmigamy stopem, motorkiem i łódką. Wyprawa do jaskini Kong Lor, żeby przepłynąć podziemnym tunelem ciągnącym się ponad siedem kilometrów, jest dla nas jedną z lepszych atrakcji w tym klimatycznym kraju. A sama, niełatwa droga do celu to dopiero smaczek!

„Nie, nie jedziemy autobusem!”

Na wylotówkę z Wientian docieramy całkiem sprawnie, dzięki pomocy nowych, laotańskich znajomych. Po drodze zaopatrzyliśmy się w dwie ogromne, bagietkowe kanapki, które służyły nam jako pierwsze i drugie śniadanie. Ponieważ autostop w Laosie to wielka loteria, zawsze szukamy miejsca, obok którego znajdzie się skrawek cienia, a najlepiej jeszcze ławka sklepowa. Już od rana słońce i duchota dają o sobie znać, więc łapiemy na zmianę, dając drugiej osobie odpocząć. Kiedy zaczynamy się niecierpliwić, stajemy razem, czując, że w kupie siła. Mija pół godziny, godzina, dwie. W międzyczasie dzieją się prawdziwie komiczne sytuacje. Pani ze sklepu wpatruje w nas zdziwione oczy pełne niezrozumienia. „Stoją z kartką „Paksan”, a jak przyjeżdża autobus, nie wsiadają – nienormalni” – pewnie jej się w głowie kotłuje. Z pomocą przybywa „pan lodziarz”, który do skutera ma przyczepioną wielką lodówkę, a z jego głośnika wydobywa się dziecięca melodia, niczym z wesołego miasteczka. Początkowo nieśmiało zatrzymuje się on koło nas na ulicy, gasi silnik, czeka kilka sekund i cedzi przez zęby: „Ice creamo?”. Po szybkiej odmowie oddala się, ale coś nie pozwala mu nas zostawić samych z problemem i po 10 minutach wraca. Nie pytając nas o nic, bo przecież i tak byśmy nie zrozumieli, staje kilka kroków przed nami i spogląda w stronę nadjeżdżającego ruchu samochodów. Wiemy dobrze co to oznacza, więc zanim przyjedzie autobus, który pan pragnie dla nas zatrzymać, staramy się z translatorem przetłumaczyć, że nie chcemy nim jechać. Efekty są jednak marne. I to jest właśnie ta bezsilność, którą czujemy w Laosie. Czasem jest to śmieszne, czasem męczące, a momentami nawet smutne, bo wiemy, że ludzie chcą nam z dobrego serca pomóc, a nie są w stanie zrozumieć naszych poczynań.

Nie poddajemy się!

Nie poddajemy się! (zdjęcie z innego, przypadkowego autostopu w Laosie)

Po trzech godzinach zatrzymuje się mini van, więc podbiegam szybko powiedzieć, że dziękujemy, nie skorzystamy. Szczęśliwie jednak się składa, że kierowca i jego kilkanaście lat młodsza druga żona nie zajmują się przewozem turystów, podrzucą nas kilkanaście kilometrów dalej. Para pochodzi z Tajlandii, o której już co nieco wiemy, więc rozmowa się ładnie klei. Pan jest artystą i przyjechał rzeźbić betonowe słonie, których w buddyjskich krajach jest mnóstwo. Pani nie mówi po angielsku, więc sprawiamy jej radochę rzucając chociaż dzień dobry i dziękuję w jej języku. Takie małe, a cieszy.

Podróż z nimi szybko się skończyła i tym razem przypadło nam czekać na zupełnym pustkowiu. Zatrzymał się Laotańczyk, który całkiem ładnie śmigał w międzynarodowym języku. Ooo, jak dobrze, bo bardzo nie lubimy tych niemych autostopów, które niestety w Laosie często się zdarzają. Pan prowadzi hotel w stolicy, więc znajomość angielskiego zwyczajnie w świecie przynosi mu kasę. Ponieważ ma dosyć miejskiego gwaru, jedzie właśnie z synem na działkę nad rzeką, gdzie hoduje drzewa i relaksuje się w ciszy. Dzięki niemu dostajemy się na skrzyżowanie głównej drogi nr 13 i lecącej na wschód, do Wietnamu, drogi nr 8. Ta już świeci pustkami, ale co jakiś czas pojawia się jakaś Toyota, więc jest nadzieja. Przed nami już tylko 40 kilometrów do Nahin.

Przygoda się kręci – mimo wszystko 🙂

Zanim zdążyłam zrobić napis, zatrzymała się ciężarówka, której kierowca to Wietnamczyk wracający właśnie do kraju. Siedzimy wpatrzeni w piękny krajobraz gór, a nasz zachwyt przerywany jest co chwilę śmiechem. Kto by się nie śmiał podskakując tak wysoko ponad siedzenie, że dachu można dotknąć. Stan dróg daje wiele do życzenia.

Po kliku kilometrach zatrzymuje nas policja. Porozumiewawczo spoglądamy na kierowcę z pytaniem czy wszystko w porządku. Mundurowi otwierają tylko pakę, w której zamiast ładunku znajdują dwa, przykryte niebieską powłoką przeciwdeszczową plecaki. Taka kontrola zdarza się jeszcze dwa razy, wszystko na tak krótkim odcinku drogi.

Ban Nahin

Nahin to wioska położona wzdłuż drogi nr 8, która jest punktem wypadowym do słynnej już jaskini Kong Lor. Przejeżdża się przez nią robiąc kilkudniową wyprawę motocyklową, najczęściej zaczynającą się w Thakhek.

Naszym celem jest jednodniowa wycieczka do Kong Lor, więc zatrzymujemy się w hostelu i od razu pytamy czy mają skutery do wynajęcia. – „Tak, oczywiście. 80 KIP za dzień (40 zł).” – „Nie najdrożej, nie najtaniej” – myślimy. Ok, bierzemy.

W samej wsi nie ma nic ciekawego. Pół godziny zajmuje nam spacer, podczas którego mijamy lokalny targ, na którym sprzedaje się pełno warzyw, ryżu i mięsa, które kobiety dzielnie chronią przed muchami machając sznurkiem zawieszonym na kijku. Obok nas przejeżdża może 9 – letni chłopiec na motorku. Już nas to nie powinno dziwić po kilku miesiącach w Azji. A jednak, ciągle myślimy po europejsku.

Zawsze wesoło odpowiadamy na wołania dzieci. Takie pocieszne krzyczą „Sabaidee – cześć!” Jedna grupka macha do nas energicznie, my odwzajemniamy uśmiechy, po czym miny nam rzedną słysząc: „Sabaidee, money!” Już nie pierwszy raz w naszym życiu spotykamy dzieci nauczone, ze biały człowiek niesie pieniądze, ale w Laosie jeszcze nam się to nie zdarzyło.

Skuter idealny

W Lasie pojęcie ‚sprawny’ przybiera nowego znaczenia. Właściciel hotelu przygotował dla nas motocykl. Okazuje się, że to jedyny, jaki ma – swój. Coś nie chce gazować, po chwili gaśnie. Szef przynosi śrubokręt, pokręcił, pokręcił – działa, obroty podwyższone. „Na ekran nie patrz, bo prędkościomierz i tak nie działa. Nie widać też kiedy jest na neutralnym biegu, ale mi to nie przeszkadza. Lusterka? Wszyscy inni wypożyczali na kilka dni i nie narzekali.” Po długim zastanowieniu decydujemy się nim jechać, ale licytujemy cenę 10 tysięcy KIPów mniejszą. Mechanicznie jest sprawny, a w razie coś się zepsuje, pan zapewnia, że naprawi, my za to nie płacimy. Ważnym argumentem „za” jest to, ze szef nie chce od nas paszportu, a przez tą głupią zasadę zatrzymywania paszportu jako zabezpieczenie już raz straciliśmy planowaną wycieczkę, bo po prostu się na to nie zgadzamy.

Piotrek, mistrz dwóch kółek, nigdy nie miał do czynienia z półautomatem, czyli rodzajem pojazdu, który w Azji jest bardzo popularny. Kilka minut i temat ogranięty – ruszamy w drogę!

Juhuu, cóż za zawrotna prędkość!

Sama droga do Kong Lor to atrakcja

Suniemy przez wioski, obserwując cuda budownictwa. Małe, drewniane albo bambusowe chaty to normalka, jednak widok nowej Toyoty Hilux pod werandą już jakoś nie pasuje do tego obrazka. W oddali ostro zakończone szczyty gór chowają się we mgle, a przed nami co chwilę przechadza się stado krów albo kóz.

– Mam Ci mówić, jak będzie dziura?

– Trzymam się mocno, ale mów!

Największy zastrzyk adrenaliny dają mosty. Drewniane konstrukcje wydają się całkiem szerokie dla dwóch mijających się motocykli. Myk jednak w tym, że ścieżka dla dwóch kółek wytyczona jest trzema wąskimi deskami, więc jest to na pewno pole do trenowania równowagi i skupienia. Jeden most pobija wszystkie inne pomysłowością – chociaż drewniany, wąski szlak dla motoru  wylano betonem. Można? Można.

Jaskinia Kong Lor

Po godzinie naprawdę wesołej jazdy pełnej pięknych widoków docieramy do wioski Kong Lor. Atrakcja turystyczna jest całkiem porządnie przygotowana. Wszędzie wkoło wiszą tablice z napisami: nie śmiecić, dbajmy razem o czystość. Okazuje się, że patronat nad parkiem sprawuje rząd Nowej Zelandii.

Przed bramą wjazdową zostawiamy nasz pojazd i kupujemy dwie wejściówki do parku. Przypomina nam on trochę polski las i daje dużo miłego chłodu. Idziemy jednak tylko kilka minut, po czym pojawia się przed nami rzeka, która wpada do jaskini.

Kamizelka zapewni Ci ciepło w zimnej jaskini – podaje instrukcja wycieczki

Wynajmujemy łódkę na romantyczny rejs we dwójkę. No dobra, nie we dwójkę – bo ktoś musi sterować. A z  romantyzmem to też  przesada, bo silnik dudni, że aż strach. 😉

Wchodzimy do chyboczącej się, bardzo wąskiej, długiej łódki i czujemy przyjemny chłodek jak tylko zagłębiamy się w zupełnej ciemności. Po pokonaniu kilku zakrętów jesteśmy pewni, że Leo – kapitan, czuwa nad naszym zdrowiem i nie zamierza nas wrzucić do wody. Momentami wydaje mi się, że zaraz łódź uderzy w stalagmit i przepołowi się. Szalony Leo chyba jednak wie co robi, bo zgrabnie omija przeszkodę w ostatniej chwili. Oczywiście rzeka nie jest tak głęboka, żeby miała nam się stać krzywda, ale zamoczyć sprzęt fotograficzny byłoby nam bardzo szkoda.

Wyeksponowana część jaskini

Dosyć szybko suniemy wysokim tunelem wyżłobionym przez wodę w skale wapiennej. Daje nam to dużo frajdy. Wzorowo przygotowaliśmy się do wyprawy i zabraliśmy ze sobą latarki czołówki i sandały, których nie szkoda było zamoczyć, kiedy trzeba było pokonać płytką wodę. Piotrek dzielnie pomaga Leo w przenoszeniu łódki.

Za płytko – trzeba ciągnąć

Ponieważ jaskinia stała się całkiem popularnym miejscem turystycznym (ale jeszcze nie przepełnionym), postarano się o oświetlenie jej najbardziej atrakcyjnej części. Można przechadzać się pomiędzy rzeźbami skalnymi i obserwować z bliska naturalną sztukę. Po krótkim spacerze ponownie wskakujemy do łódki, kapitan odpala silnik i ruszamy pokonać drugą połowę 40-minutowej trasy. Nie raz czujemy, że należałoby wstać i przenieść łódkę, ale Leo mówi: „ok, ok”, dodaje gazu i szurając po dnie, jakimś cudem przepływamy płyciznę. Zdarzy się, że brzeg drewnianej skorupy przytrze się o skałę, nie szkodzi.

Stalaktyty, stalagmity i stalagnaty – uczyli w podstawówce 🙂

Płyniemy dalej w stronę światła, które oznacza dotarcie do wioski. Kiedy robi się zupełnie jasno, wokół nas pojawia się mnóstwo zieleni. Takiej miłej dla oczu i duszy. Płyniemy jeszcze kilka minut, odwzajemniając pozdrowienia dzieci siedzących nad brzegiem.

Światełko w tunelu

To lubimy 🙂

Interes się kręci – chętnych nie brakuje

Po dotarciu do wioski, przygotowanej oczywiście na przyjście gości, Leo oznajmia, że mamy 10 minut, po czym wracamy. „10 minut? W planie wycieczki było napisane, że godzina” – myślimy. Tak naprawdę to i 10 minut wystarczy, żeby napić się zimnej Pepsi i zrobić kilka ładnych zdjęć.

Wioska po drugiej stronie jaskini

Gospodyni zaprasza na zimne co nieco

Postęp technologiczny czy wielka różnica statusów?

Powrót jest nieco mniej fascynujący, bo przecież już to widzieliśmy. Leo chyba o tym wie, więc pędzi dwa razy szybciej, wyprzedza wszystkie wlokące się przed nami grupy. Bywa, że płynie pod prąd. Nie przeciwnie do nurtu rzeki, tylko nie po tym „pasie”, którym powinien. Bardzo nam się to podoba, przecież płynąc szybciej też zobaczymy wszystko co mamy zobaczyć, a jest chociaż wesoło. Nie raz obrywamy wodą spod silnika łodzi obok.

Polecamy Kong Lor! Filipiaki.

W świetnych nastrojach, z poczuciem dobrze wydanych pieniędzy, wychodzimy na brzeg, gdzie grupka Laotańczyków pluska się w wodzie. Oczywiście nie w strojach kąpielowych, oni zawsze wskakują tak, jak są ubrani. Przy upalnej pogodzie to idealny ratunek dla ciała.

Zimna woda zdrowia doda

Koszt wyprawy:

wynajęcie skutera 70 000 KIP (35zł)
paliwo 19 000 KIP (9,50zł)
parking 5 000 KIP (2,50zł)
wejście na teren parku 2 000 KIP/os (4zł/2os)
wejście do jaskini 10 000 KIP/os (10zł/2os)
wynajęcie łódki 100 000 KIP (50zł)
obiad 15 000 KIP/os (15zł/2os)
kawa 10 000 KIP (5zł)
suma: 258 000 KIP (129zł)

W dwie osoby zdecydowanie bardziej opłacał nam się opcja ze skuterem. Transport do Kong Lor kosztuje 25 000 KIP/osobę w jedną stronę, więc wyszłoby nas to drożej. W dodatku godziny transportu są wielką niewiadomą i nie widzieliśmy żadnego na naszej drodze. A właściwie sam skuter to jest frajda i można jeszcze go wykorzystać do końca dnia.

Tylko tak możesz zboczyć ze ścieżki

Zakwaterowanie:

Pokoje w samym Kong Lor są droższe niż w Nahin i warto je zarezerwować wcześniej.

W Nahin bez problemu można dostać pokój, bez rezerwacji na bookingu cena jest niższa.

Koszt hotelu: 80 000 KIP (40zł) za pokój dwuosobowy/noc.

Nasz miał bardzo dziwną nazwę: Xokxaykham Gesthouse. Był za to pięknie położony, z ładnym widokiem. Dla nas samo wygodne łóżko to luksus. 🙂

Przy Guesthousie jest restauracja prowadzona przez właściciela i jego żonę. Koszt posiłku od 12 zł w górę, drożej niż przeciętnie w Laosie, ale porcje duże.

Miejsce bardzo sympatyczne, sprzyja odpoczynkowi, a nawet zdalnej pracy, jeśli ktoś potrzebuje, bo jest dobre Wi-Fi. Mimo iż spotkało nas kilka niespodzianek, musimy przymknąć na nie oko, bo to po prostu Laos. Dwa razy w ciągu dnia nie było wody w kranie, więc nici z prysznica. Do tego pani domu wymieszała nasze pranie ze swoim, więc przed samym wyjazdem wysypano mi rodzinną bieliznę, żebym szukała w niej jednej pary majtek. Właściwie to… Akurat te były kupione w Tajlandii, a jeśli ktoś z was zna temat, azjatyckie gatki są specyficzne, na pewno pani pomyślała, że to nie moje. Takie tam nieszkodliwe perypetie, bo ludzie byli dla nas przemili.

Mam nadzieję, że udało mi się przemycić w swojej opowieści trochę laotańskiego życia i przekazać wartościowe treści zainteresowanym. Jeśli Tobie w jakiś sposób posłużył ten artykuł, daj znać w komentarzu.

Daria

2 odpowiedzi do artykułu “Laos – Nahin i jaskinia Kong Lor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow