Krok po kroku – jak znaleźliśmy jacht w Nowej Zelandii

Podróż jachtostopem od początku plasowała się wysoko na naszej liście podróżniczych marzeń. Będąc w Nowej Zelandii nie mogliśmy przegapić wielkiej szansy. Właśnie podczas naszego pobytu w tym kraju trwał sezon żeglarski, co dało nam połowę sukcesu. Do tego musieliśmy wyposażyć się w dużą dawkę determinacji i dać sobie trochę czasu. Bo chodziło nie o to, żeby gonić króliczka, ale faktycznie go złapać. Tekst mówi właśnie o tym, co zrobiliśmy, żeby stać się załogą jachtu płynącego na którąś z wysp Oceanu Spokojnego. Czy było łatwo? Nie bardzo, ale w końcu nikt nie obiecywał, że będzie.

Hotel dla jachtów - marinaPrzygotowanie do łapania jachtu na stopa

W naszej podróży głównym środkiem transportu jest autostop. Stajemy przy drodze
i wystawiamy kciuk zatrzymując samochody lub pytamy kierowców na stacjach benzynowych. To proste, wszyscy rozumieją. Analogicznie, zamiast aut można łapać łodzie, tylko wtedy już kciuk
i uśmiechnięta buzia się nie sprawdzą. Ponieważ nie mieliśmy doświadczenia w polowaniu na jachty, całe poszukiwania były dla nas ważną lekcją. A przygotowaliśmy się do niej gromadząc wszelką dostępną wiedzę o tym gdzie szukać, kiedy szukać, jak szukać i jak przekonać kapitana, żeby wziął właśnie nas.

Już przed podróżą, w moim niebieskim zeszycie z notatkami o krajach, które chcemy odwiedzić zanotowałam sezony żeglarskie, czyli okresy w roku, w których pływa się w określonych kierunkach. Czas poza sezonem oznacza niekorzystną pogodę, burze, tajfuny, czyli krótko mówiąc warunki, w których żeglowanie nie jest bezpieczne.

      Oto co zebrałam odnośnie Nowej Zelandii:

Z Nowej Zelandii pływa się najczęściej w dwóch kierunkach – do Australii lub na wyspy Oceanu Spokojnego (Polinezja Francuska, Nowa Kaledonia, Tonga, Vanuatu, Fidżi). Do wyboru, do koloru. Sezon żeglarski trwa od kwietnia do czerwca.

Ogłoszenie

Kolejnym krokiem przygotowań było wykonanie ogłoszenia. Ogłoszenie to taki osobisty plakat reklamowy. Wesołe zdjęcie, opis, dane kontaktowe. Krótko, zwięźle, przejrzyście i na temat. Wszystko po to, żeby zwrócić uwagę kapitana, który potrzebuje załogi, żeby wybrał właśnie Ciebie. A może i po to, żeby przekonać takiego, któremu wydaje się, że nikogo nie potrzebuje, że jednak się myli. 🙂 Na podstawie zebranych przez nas informacji oraz własnych doświadczeń przygotowaliśmy kilka rad, jak powinno wyglądać takie ogłoszenie. Sami na pewno ulepszymy swoje następnym razem, wykorzystując wiedzę zdobytą od poznanych wilków morskich.

Na jednej stronie A4 wkleiliśmy nasze wesołe zdjęcie, napisaliśmy dokąd chcemy płynąć
i najkrócej jak się dało opisaliśmy sobie. Opisać siebie… Hmm… Co tu napisać? W naszym ogłoszeniu kierowaliśmy się zdrowym rozsądkiem oraz poradami internetowymi. Mamy jednak dużo więcej spostrzeżeń na ten temat po obejrzeniu dziesiątek innych kartek na tablicach ogłoszeń i po rozmowach z żeglarzami o tym, co zwraca ich uwagę.

     Nasze wnioski:

– Ogłoszenie powinno zajmować jedną stronę A4;
– Może być wydrukowane jako czarno – białe, ale na pewno kolorowe zdjęcie przykuje więcej uwagi;
– Większą czcionką należy napisać dokąd chcesz płynąć. Jeśli nie jest to konkretnie jedna wyspa, można napisać Wyspy Południowego Oceanu Spokojnego. Kierunek „dokądkolwiek” nie brzmi zbyt dobrze;
– Jeśli Twój czas poszukiwań jest ograniczony, grzecznie będzie uwzględnić do kiedy jesteś dostępny. Po tym terminie pracownicy mariny będą mogli je zdjąć, a kapitanowie nie będą bez sensu wydzwaniać. Jeśli masz czas aż do końca sezonu, można to pominąć;
O sobie. To najważniejsza i najtrudniejsza część. Zwłaszcza jeśli trzeba zmieścić opis dwóch osób na jednej stronie. Najbardziej przejrzyste jest wypisanie cech w myślnikach. U nas każdy myślnik przedstawiał zbiór cech dotyczących jednej dziedziny.

Pierwszy dotyczył nas obojga, bo tak się składa, że mamy tyle samo lat i oboje jesteśmy inżynierami produkcji. Dołączyliśmy do tego też kilka ogólnych cech, które oboje posiadamy, np. to, że szybko się uczymy, szanujemy innych, jesteśmy sprawni fizycznie, zdrowi i czyści (nie chodzi tylko o mycie się i stan duszy 😉 ).

Istotna będzie informacja o znajomości języków. Jeśli znasz francuski znacznie zwiększasz swoje szanse, ponieważ wielu Francuzów pływa z Nowej Zelandii do Nowej Kaledonii. Wiemy
z obserwacji, że szybciej wezmą kogoś bez doświadczenia, a mówiącego w ich języku, niż odwrotnie. Znajomość angielskiego pominęłabym, zachowując sobie trochę miejsca na tej jednej, cennej stronie.

W kolejnym myślniku można opisać doświadczenie w żeglowaniu, jeśli takie się posiada. My nigdy nie pływaliśmy po oceanie, ale Piotrek żeglował całe życie po naszych cudownych, mazurskich jeziorach. Ma też patent żeglarski i pierwszy stopień motorowodniaka. Zdarzyło mu się żeglować po Morzu Śródziemnym. Razem braliśmy udział w jednodniowych regatach żeglarskich w Mandurah, w Australii Zachodniej. Nawet małe rzeczy mają tutaj znaczenie.

Jeśli nie masz doświadczenia, nic straconego. Skup się wtedy na tym, co możesz dać od siebie lub na czym się znasz. Być może Twoje zdolności majsterkowicza albo talent kulinarny będą bardziej atrakcyjne, niż umiejętność żeglowania. Jeśli nie masz pojęcia o żeglowaniu i nigdy nie miałeś kontaktu z jachtem, mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Dla niektórych kapitanów może być to duży atut, bo będą mogli Cię „wytresować” po swojemu. Przepraszam za słowo, ale tak to działa. Tak jak w swoim domu lubisz mieć wszystko po Twojemu, tak na jachcie kapitan lubi, żeby pracować i zachowywać się tak, jak on chce, zgodnie z jego nawykami, przekonaniami i jego szkołą żeglowania. Nie będzie zadowolony, kiedy po każdym jego poleceniu będziesz wspominać: „aaa w poprzednim rejsie robiłem to tak i tak”;

Napełnamy zbiorniki wodą - bez niej ciężko na oceanieNa koniec można dodać jeszcze kilka innych cech, którymi chcemy się pochwalić, a które wydają się być atrakcyjne z punktu widzenia kapitana. Może to być zdolność do szybkiego rozwiązywania problemów czy doświadczenie w komunikacji z różnymi osobowościami, co dla autostopowiczów nie powinno stanowić problemów. 🙂

Warto podzielić się zainteresowaniami. Z tym ogłoszeniem jest jak z CV, nigdy nie wiadomo czy pracodawca jest maniakiem Star Warsów czy ma artystyczną duszę i wyrabia gliniane naczynia. Znajdzie się też tutaj miejsce na jedno zdanie o Twojej podróży.

Jasne jest, że kapitan musi w tym wszystkim znaleźć powód, czemu ma wybrać właśnie Ciebie. Niektóre przepisy na ogłoszenie mówią, że zupełnie nie istotne jest to, co lubisz i jak długo jesteś w podróży. Liczy się to co potrafisz i jak bardzo mu się przydasz. Podczas poszukiwań poznaliśmy wielu kapitanów i z ręką na sercu powiem, że oni zapamiętują przeróżne rzeczy z tych karteruszek, które czytają na tablicach ogłoszeń. Jarają się niesamowicie, kiedy widzą, że ktoś przejechał pół świata autostopem albo rowerem, że ktoś zarabia grając na gitarze albo skacze ze spadochronem. Takie pojedyncze rzeczy, które budzą w nich emocje, dzięki czemu nawet jeśli nie potrzebują załogi, powiedzą o Tobie swoim kolegom. A żeglarze są jak rodzina, wszyscy się łatwo zaprzyjaźniają i pomagają sobie wzajemnie.

W naszym przypadku, wydająca się niepotrzebną informacja o tym, że jesteśmy inżynierami produkcji (co to w ogóle jest??), dała nam wielkiego plusa, bo zadzwoniła do nas właśnie para inżynierów: kapitan inżynier produkujący mikroprocesory oraz kapitanowa doktor inżynier chemii.

Nie zapomnij o danych kontaktowych. Warto podać numer telefonu oraz adres mailowy, nigdy nie wiadomo co będzie wygodniejsze dla kapitana. Można też podzielić się adresem strony na facebook’u, jeśli taką prowadzisz.

Filipiaki gotowi na podbój świata      Co zrobić z przygotowanym ogłoszeniem?

Najlepiej przygotować je w formie elektronicznej. Będzie czytelnie, zawsze można wprowadzić zmiany, wielokrotnie wydrukować i przede wszystkim można je wysłać mailowo do biur marin. Ostatnia opcja jest przydatna wtedy, kiedy nie możesz odpowiednio wcześnie zjawić się osobiście w marinie, żeby przypiąć je do tablicy ogłoszeń.

W Nowej Zelandii jachty wypływają z północy Wyspy Północnej. My naszą podróż zaczęliśmy od środka Wyspy Południowej, więc było nam tam zupełnie nie po drodze. Chcieliśmy jednak zacząć działać dosyć wcześnie. Żmudną pracą znalazłam kontakty i wysłałam maile do wszystkich marin na Północnej Wyspie Nowej Zelandii oraz do wszystkich klubów jachtowych. Być może i była to przesada, ale nigdy nie wiadomo. Szczęściu trzeba pomagać! W wysłanej wiadomości grzecznie nas przedstawiłam i poprosiłam o wywieszenie naszego ogłoszenia na tablicy.

Jeśli zaczynasz podróż od Wyspy Północnej, sam pofatyguj się i przyczep ogłoszenie. Będzie to na pewno bardziej efektywne. Masz pewność, że ono tam jest.

     Gdzie wywiesić ogłoszenie?

W Nowej Zelandii znajdują się tylko dwa miejsca, w których łodzie mogą opuścić terytorium kraju. Tylko tam jest biuro urzędu imigracyjnego. Taka nasza odprawa paszportowa. Oznacza to tyle, że nie ważne, w którym porcie znajduje się łódź i tak przed wypłynięciem musi przedostać się w okolice jednego z tych dwóch portów. Tam właśnie należy szukać króliczka.

Nasze ogłoszenie wywiesiliśmy w kilku miejscach. Najważniejsze pogrubiono.

1. Bay of Islands Marina, Opua (urząd imigracyjny) – biuro mariny, pralnia, klub jachtowy

2. Hardstand przy Bay of Islands Marina – biuro warsztatu, gdzie naprawia i konserwuje się łodzie

3. Town Basin w Whangarei – biuro mariny

4. Riverside Drive Marina w Whangarei – biuro mariny, pralnia

5. Hardstand Dockland 5 w Whangarei – biuro warsztatu

6. Hardstand Norsand w Whangarei – biuro warsztatu

7. Marsden Cove Marina (urząd imigracyjny) – biuro mariny, pralnia

Do roboty, czyli rozmowy z kapitanami

Najważniejszy i najbardziej wymagający etap to odwiedzanie marin w celu poznania ludzi i pytania kapitanów czy nie potrzebują załogi. Być może nie będziesz potrzebował przechodzić przez niego, jeśli już dzięki ogłoszeniu ktoś zaprosi Cię na jacht.

Nasze poszukiwania były bardzo intensywne. Rozpoczęliśmy je zaraz po sprzedaży auta. Oznaczało to dla nas nic innego, jak codzienne przejażdżki autostopem do mariny i z powrotem do miejsca, w którym akurat mieszkaliśmy. Korzystaliśmy z Couchsurfingu i nie znaleźliśmy ostoi w miastach portowych, dlatego dzień w dzień powtarzaliśmy ten sam schemat. Wcześnie rano pobudka, stopowanie do miejscowości Opua lub Whangarei, miłe rozmowy z kapitanami, stopowanie do domu, byle zdążyć przed zmrokiem.

Podczas naszych poszukiwań gościły nas trzy różne osoby. Wszyscy dzielnie nam kibicowali. 🙂

Będąc w marinie spacerowaliśmy wzdłuż doków i obserwowaliśmy, w którym jachcie znajduje się ktoś, z kim możemy porozmawiać. Powtarzając się troszeczkę, każdemu zadawaliśmy podobne pytania. Czy płynie i czy potrzebuje załogi. Chociaż wszyscy byli bardzo mili, zauważyliśmy, że chętniej wchodzą w rozmowę, kiedy przed jakimkolwiek pytaniem powiedzieliśmy dosłownie kilka słów o nas: jak mamy na imię, że jesteśmy z Polski i podróżujemy po świecie. Na początku wydaje się to niezręczne, bo człowiek patrzy na Ciebie, a Ty czujesz, że po raz setny powtarzasz to samo. Tak jest po prostu grzecznie. Jeśli znają Twoje imię, traktują Cię jak Kogoś, już nie jesteś obcym, któremu można odburknąć i sobie pójdzie.

Kiedy wiedzieliśmy, że ktoś kontynuuje rozmowę, sami wtedy staraliśmy się, by trwała ona na tyle długo, abyśmy mogli przemycić więcej informacji o sobie, żeby mogli się czegoś o nas dowiedzieć, być może coś im w głowie zaświta, nigdy nie wiadomo. 🙂

Ważne jest budowanie kontaktów. Po kilku dniach poszukiwań staniesz się rozpoznawalny. Zaczną o Tobie mówić. W Nowej Zelandii bardzo łatwo wejść w dyskusję z obcym i wiele osób lubi sobie tak po prostu pogadać. Dlatego nawet jeśli nie potrzebują załogi, pytają się jak Ci idzie, polecają inne łodzie, które warto odwiedzić. Każda kolejna zaczepiona osoba, to zwiększona szansa na sukces. Nawet jeśli odpowiedź jest negatywna, ta osoba może znać inną, może przemyśleć temat i jednak się do Ciebie odezwać, a przede wszystkim może podrzucić Ci nowe pomysły. Od takich przypadkowych ludzi dowiedzieliśmy się, że w Opui codziennie rano można wystąpić ze swoim ogłoszeniem w radiu. Młodzi Australijczycy z łodzi o wdzięcznej nazwie Albatros wskazali nam nowe miejsca poszukiwań – hardstandy, czyli warsztaty, w których remontuje się łodzie. Starszy żeglarz opowiedział nam jak wygląda dzień po dniu samotny rejs do Nowej Kaledonii. W skrócie brzmiało to tak: 1 – ekscytacja, zimno, 2 – nadal zimno, zaczynasz czuć zmęczenie, 3 – czujesz, że jesteś w tropikach, bo zaczyna być ciepło, ale właściwie jesteś bardzo zmęczony i wszystko Ci jedno, 4 – robi się gorąco, jesteś wyczerpany, 5 – jesteś u celu, hurra! A jednak skubany pływa. Samotnych kapitanów nigdy nie zrozumiesz. 🙂

Marina – jak to wygląda technicznie

Wejścia na doki są zabezpieczone bramkami. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że w ciągu dnia i tak wszystko jest otwarte, więc spokojnie można wejść. W Opui zaczepiła nas raz pracowniczka biura, która powiedziała, że nie możemy zaczepiać kapitanów, bo oni płaca za marinę, jak za hotel i być może sobie nie życzą niepokojenia. Była to jedyna osoba, która stanęła nam na drodze. Niemka.

A co Ci spokojnie żyjący żeglarze mają innego do roboty. Oni się bardzo cieszą, kiedy ktoś do nich zagada, zwłaszcza młodzi ludzie. To jest dla nich jakieś urozmaicenie. A przede wszystkim, w kulturze żeglarskiej każdy nawiązuje kontakt z drugim człowiekiem. Oni często nie mają domów, jacht jest ich życiem i ostoją, więc załoga statku obok to ich bracia. Nie spotkaliśmy się ani razu
z nieprzyjemną reakcją na nasze „przeszkadzanie”, wręcz przeciwnie, ludzie byli tak kontaktowi, że aż zachęcało nas to do dalszego działania.

Niestety, z każdym kolejnym bezowocnym dniem, potrzebowaliśmy więcej i więcej wzajemnej motywacji. W ciągu 7 dni dostaliśmy trzy propozycje. Pierwsza: samotny kapitan, powiedział, że weźmie nas tylko wtedy, kiedy znajdziemy jeszcze jedną, doświadczoną osobę, wtedy on będzie mógł spokojnie nas uczyć. Druga: bardzo obiecująca, po długiej, luźnej rozmowie para z katamaranem obiecała nam dać odpowiedź kolejnego dnia – niestety odpowiedź negatywna. Trzecia oferta wymagała od nas niemałej zapłaty za każdy dzień pobytu na łodzi (bez względu na to czy płyniemy, czy kotwiczymy lub stoimy w marinie) – kapitan wydawał się nas po prostu wykorzystać, bo tak naprawdę nie szukał załogi.

Płyniemy, czy nie płyniemy?

Cierpliwości i spokoju jest we mnie dużo, ale jak tu się nie martwić, kiedy za kilka dni masz opuścić kraj (koniec ważności wizy), a tu na żaden rejs się nie zanosi. Spadek motywacji oznacza spadek aktywności, po prostu już się nie chce pytać.

Tu zacytuję fragment mojego wpisu o podróży w Nowej Zelandii, bo znakomicie odda to, co chcę w tym momencie przekazać.

Nasza wiza była ważna do 5 czerwca 2016. Poszukiwania zaczęliśmy 22 maja (nie biorąc pod uwagę dużo wcześniej wysłanych listów do marin z prośbą o wywieszenie naszego ogłoszenia na tablicy). Dzień w dzień odwiedzaliśmy na zmianę mariny i pytaliśmy kapitanów, czy nie potrzebują załogi. Dzień w dzień stopowaliśmy kilkadziesiąt kilometrów z Waipapa, Kerikeri albo Kaikohe (w zależności, gdzie akurat mieszkaliśmy) do portów i z powrotem. Dzięki temu w tydzień poznaliśmy więcej nowych osób, niż przez całą naszą podróż w Nowej Zelandii. Wiedzieliśmy, że sezon na żeglowanie w stronę wysp Południowego Pacyfiku jeszcze się nie skończył, więc nadal mamy szanse. Wiedzieliśmy też, że większość jachtów wypłynęła dwa tygodnie wcześniej i została już tylko garstka, ostatni rzut czekających na dobrą pogodę. Nie traciliśmy wiary. Nauczyliśmy się już, że jeśli czegoś chcemy to musimy na to zapracować, nic się samo nie dzieje. Minęło 8 dni, dokładnie za 3 dni odlatywał nasz samolot (niestety w razie niepowodzenia z jachtem musieliśmy mieć zapewniony transport na opuszczenie kraju). Byłam już zrezygnowana, już miałam dosyć. Nawet jeśli się ktoś zgodzi, to mało prawdopodobne, że wypłynie akurat za chwilę, żebyśmy zdążyli jeszcze przed datą ważności naszej wizy. Piotrek, chociaż też zasmucony, nie poddał się. Już mieliśmy wracać do domu i szykować się do podróży do Auckland, kiedy nagle zadzwonił telefon. Kapitan ze swoją żoną znaleźli nasze ogłoszenie w pralni w marinie i zaprosili nas na spotkanie. Rozmawialiśmy dwie godziny, nie pozwalając sobie za wcześnie się ucieszyć. Mieliśmy dostać odpowiedź w ciągu kolejnych dwóch dni czy chcą, żebyśmy im towarzyszyli w podróży do Nowej Kaledonii. Jak na szpilkach sprawdzaliśmy co chwilę skrzynkę mailową…

                                    31 maja dostaliśmy telefon – PŁYNIEMY!!!

Jeśli mijasz kogoś w marinie, zaczep go! Być może jest kapitanem i być może właśnie Ciebie szuka. Widzisz, że ktoś przypłynął pontonem do brzegu – grzecznie zapytaj czy ma łódkę i czy płynie tam, gdzie chcesz. Wydaje Ci się, że Ta osoba na pewno Cię nie weźmie, nie ma co pytać? Właśnie ona może stać się Twoim pierwszym nauczycielem żeglarstwa oceanicznego. Z każdą kolejną zapytaną osobą pewność siebie wzrasta. Z każdą pominięta osobą – maleje, bo pojawia się poczucie winy za brak odwagi.

Każdy dzień w marinie czegoś nas nauczył. Był to dla nas intensywny czas, pełen pytań i rozterek. Jak z wieloma rzeczami, nigdy nie wolno się poddać. Człowiek traci motywację i chęć do działania, gdy mu się nie udaje. To normalne. Należy postawić tylko pytanie, jak bardzo zależy Ci na spełnianiu Twoich marzeń?

Załoga - naprzód! Będziemy bardzo wdzięczni za inne pomysły, jak poprawić efektywność szukania jachtu na stopa. Dzielimy się naszym doświadczeniem (chętnie odpowiemy na pytania), ale wciąż jesteśmy początkujący, głodni wiedzy i kolejnych wrażeń 🙂 Pozdrawiam!

Daria

2 odpowiedzi do artykułu “Krok po kroku – jak znaleźliśmy jacht w Nowej Zelandii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow