Jachtostopem z Nowej Zelandii do Australii

Życie na łodzi jest nudne! Każdy dzień wygląda podobnie dopóki… No właśnie. Dopóki coś się nie zepsuje, dopóki coś nie narobi wielkiego huku, dopóki nie złowisz ryby, nie zobaczysz delfinów albo ogromnej platformy wiertniczej wyglądającej jak statek kosmiczny. Jest nudno dopóki nie zostaniesz wyrwany ze snu wielkim krzykiem kapitana ogłaszającego alarm – kotwica się zerwała, odpłynęliśmy pięć kilometrów od miejsca zakotwiczenia, na szczęście w stronę oceanu, nie wyspy. Morskie opowieści mogą się ciągnąć w nieskończoność, jak w tej marynarskiej pieśni. Podobno co się dzieje na łodzi, zostaje na łodzi, ale… Uchylę rąbka tajemnicy co się u nas działo. Nie ze strony technicznej, a z naszych wrażeń jako zafascynowanych, „świeżych” żeglarzy.

Warty

Szklanka Coli nie wystarczy. Żeby nie spać wyśpiewałam już chyba wszystkie piosenki, jakie znam. Nocne warty to czas wzmożonej pracy mózgu. Myśli hulają, skacząc z tematu w temat. Byle nie zasnąć.

Będąc sama ze sobą oglądam gwiazdy i przypatruję się wszelkim migoczącym na niebie światełkom. Czasami to satelita, innym razem samolot. Niesamowity jest księżyc. W Polsce widzimy „rogalika” z lewej strony, w Australii z prawej. Nie spodziewałam się, że może być widać jego dolną część – a tak właśnie objawia się nad Morzem Koralowym.

Przez kilka dni pełniłam warty o najpiękniejszych porach – od 6.00 do 9.00 rano i wieczorem. Rano zaczynałam w zupełnej ciemności i obserwowałam powoli wstający dzień. Wieczorem na odwrót. Tych zachodów słońca nie pokona nic. A tym bardziej zachodów księżyca, który wygląda jakby płonął i rozpalał wszystko dookoła.

Podczas nocnych wart – a takie pełniliśmy podczas najdłuższej, 12 dniowej przeprawy, tylko księżyc ratował nas swoim blaskiem. Smutno było, kiedy zupełnie zgasł, a gwiazdy zakryły chmury.

Zachód słońca Małe przyjemności

Na mojej niepisanej liście małych marzeń już od dawna znajdowało się zobaczenie delfinów w naturalnym środowisku. Moje rosnące w uśmiechu policzki cieszyły się niesamowicie na widok tych pięknych stworzeń. One chcą się bawić, popisują się skacząc wkoło łodzi, robią piruety,

Delfiny - taaka radośćPo tylu dniach odgrzewanego jedzenia, świeża ryba z ryżem to niebo w gębie. Złowiliśmy jedną. Muszę przyznać, że to nie taka prosta sprawa. To dobra metoda na sprawdzenie pracy zespołowej, bo jedna osoba nie jest w stanie ogarnąć zatrzymania łódki zanim będzie za późno i wciągnięcia 12-kilogramowej, szarpiącej się, walczącej o życie Mahi Mahi. Do tego ktoś musi ją zabić i przygotować do smażenia. Piotrek stał się oprawcą, zwierzę zginęło na skutek silnego uderzenia korbą od kabestanu. Jedyną osobą na pokładzie potrafiącą oprawić rybę był kapitan, który przygotował nam najświeższą rybkę, jaką kiedykolwiek jedliśmy. Jedna starczyła na dwa dni dla czterech osób. Właściwie poza tym, że to pychotka, łowienie jest po prostu jachtową rozrywką.

Kapitan z mahi-mahiJakie jeszcze rozrywki zapewniono nam na łodzi? Sam kapitan był jedną wielką rozrywką. Nie da się nie śmiać, kiedy przejęty wstaje w środku nocy i pyta: „Daria, wiemy dokąd płynąć, wiemy jaki jest kurs”? Jakbyśmy nie mieli wszystkiego narysowanego na ekranie monitora. Biedna żona Gary’ego, kiedy mąż budzi ją co jakiś czas upewniając się kto jest właśnie na warcie, czy aby nie płyniemy bez sternika. A co kapitan radzi, kiedy nie ma wiatru? Można śpiewać, nie ma nic do stracenia, a czas chociaż szybciej leci. 🙂

A jeśli naprawdę nic specjalnego się nie działo, wykorzystywaliśmy ten czas na niekończące się dyskusje ze sobą i państwem kapitaństwem albo czytaliśmy książki. Łączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Nieustannie szkoliliśmy język angielski, bo kapitan i jego żona mówią pięknym, porządnym, amerykańskim angielskim. Wsiąkaliśmy od nich nie tylko lekcje o żeglowaniu. Całe ich doświadczenie życiowe, zawodowe i ogromna wiedza ogólna budziły w nas nieustanny podziw.

Wspólną, rodzinną rozrywką było oglądanie serialu „Firefly”, którego Gary i Jan (kapitan i jego żona) są wielkimi fanami tej serii. To jednak tylko podczas postojów w portach. Po obiedzie wszyscy siadaliśmy przed komputerem, żeby obserwować kolejne przygody załogi statku kosmicznego wraz z kapitanem Malcolmem na czele. Gary próbował oszukać system i pokazać nam tylko swoje ulubione odcinki, ale się nie daliśmy. Daliśmy radę obejrzeć wszystkie 13, a ostatniego dnia jeszcze film, który powstał na prośbę wielbicieli po zakończeniu serii.

Oceaniczne przygody

Wydawało się wam kiedyś, że widzicie UFO? Bo mi tak. Wyobraźcie sobie czerwone światło zaraz nad powierzchnią wody widoczne z 35 kilometrów. Żadnego statku nie widać z takiej odległości, nie ma opcji. Światło zaczęło się oddalać w lewą stroną. Problem z głowy – pomyślałam. Po jakimś czasie jednak zaczęło się do nas zbliżać coraz bardziej i bardziej. Zamiast jednego światła pokazało się więcej. Ani to kontenerowiec, ani na pewno jacht. Akurat na mojej warcie takie cuda. Piotrek został ze mną, żeby pomóc ocenić sytuację, czy aby nie mamy wspólnego kursu z tym czymś. Spojrzałam w lornetkę. Wyglądało to jak jakiś statek kosmiczny. Piotrek spojrzał w lornetkę: „Ejj! To platforma wiertnicza. Dawaj, zmieniamy kurs, musimy od niej uciec na odległość chociaż kilku mil morskich. Platformy są przytrzymywane przez kilkukilometrowe liny, w które nie chcemy wpaść.” Widok był naprawdę niesamowity, nigdy w życiu nie widziałam takiej konstrukcji. I tyle świateł. Kosmos. Tak właśnie skończyła się moja ostatnia nocna warta na Wakaya.

Zakotwiczeni gdzieś w okolicach Wielkiej Rafy Koralowej, spaliśmy sobie słodko w naszej kajucie, kiedy rozległ się krzyk: „wszyscy na pokład!” Nie wiesz czy masz minutę, żeby się ubrać, czy lepiej biec w gaciach, w razie byśmy tonęli. Otoczenie naszej łódki było zupełnie nie takie, jakie widzieliśmy przed snem. Tak nie powinno być. Powinna być wyspa, trzy światła innych jachtów i migoczące światło latarni. Coś tu nie grało. Nie wystraszyłam się tego co się dzieje, bo była to właściwie cudowna wiadomość! Cudowna, że po nieoczekiwanym oderwaniu się kotwicy poniosło nas w morze, a nie w stronę wyspy. Nie było czasu na panikę, trzeba było po prostu wrócić na miejsce. Ale spać spokojnie już byśmy nie mogli. Do rana, każdy po kolei monitorował czy jesteśmy w tej samem pozycji. Tylko tak czuliśmy się bezpiecznie.

Sport na jachcie

Zawsze myślałam, że odgrzewanie jedzenia w kuchence mikrofalowej to banalna sprawa. Okazuje się, że nie zawsze. Kiedy buja na lewo i prawo trzeba nabrać umiejętności cyrkowych i gimnastycznych oraz przewidywać konsekwencje każdego swojego ruchu. Inaczej może się skończyć latającymi talerzami, nożami, jedzeniem na ścianie, mlekiem rozlanym w mikrofali albo po prostu wielkim guzem. Nie dość, że trzeba uważać, należy się bardzo spieszyć, bo nigdy nie wiadomo czy za kilka minut nie złapią cię mdłości i lepiej będzie wyjść na zewnątrz, żeby odpocząć w bezruchu, z dużą dawką świeżego powietrza.

Jachtowa kuchniaSen. Tylko wtedy da się maksymalnie zrelaksować swoje ciało i rozluźnić mięśnie. Normalnie tak, ale… Nie na łodzi. Nasze łóżko było całkiem spore, więc zmagaliśmy się z rolowaniem w jedną albo drugą stronę. Każdy musiał opracować swoją metodę, żeby pozbyć się zbędnych ruchów. Piotrek spał na brzuchu, ja prosto na plecach. Moja teoria zakładała większą przyczepność. 🙂

Jak powiedziałam, gibkie ciało przydaje się w środku w łodzi, jednak prawdziwy sprawdzian pojawia się, kiedy trzeba wyjść na pokład. Z małymi falami to pryszcz, gorzej jak przyjdą takie kilkumetrowe, zaburzając kompletnie poczucie stabilności. Jedna ręka dla ciebie, jedna dla łodzi. Tak jest bezpiecznie. Tutaj muszę przyznać, że nasz kapitan był naprawdę niepokonany. Mimo jednej sztucznej nogi (od stopy do kolana) śmigał po statku jak szalony. A żeby być gotowym na wszystko, codziennie ćwiczył i rozciągał się, żeby ciało go nie zawiodło w razie potrzeby.

Laminowanie zepsutej częściJachtowy luksus

Wakaya to jacht bardzo wygodnicki. Wszystko sterowane jest elektronicznie. Guziczki, pstryczki, diody. Nie potrzeba dużo siły, żeby rozłożyć czy złożyć żagiel. Nie trzeba nawet wychodzić na pokład. Jedyne co trzeba, to ogarnąć cały panel kontrolny, w którym jest naprawdę milion przycisków i wiedzieć kiedy, którego użyć. Zdecydowanie zostaliśmy rozpieszczeni przez Wakayę, więc jeśli następnym razem trafimy na starszą łódkę, nie będzie już tak łatwo. Ale jedno wiemy na pewno, tego doświadczenia nikt nam nie zabierze. Dużo się nauczyliśmy o żeglowaniu i na pewno wykorzystamy to doświadczenie w przyszłości, żeby odwiedzić jakieś tajemnicze wyspy, do których dociera niewiele osób. Bo o to właściwie chodzi w posiadaniu jachtu.

Wszystko to jest za piękne, żeby było całą prawdą. Nie raz padło z naszych ust „nie chcę tu być, to nie jest warte tego cierpienia”. Ale o tym może innym razem, nie chcę psuć dobrego nastroju wpisu. Z resztą… Z chorobą morską jest jak z rodzeniem (tak myślę, bo na własnej skórze jeszcze nie sprawdziłam). Nikt nie pamięta bólu, kiedy jest już po wszystkim. 🙂 🙂

Daria

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow