Australijski Zachód wcale nie taki dziki

Jeszcze parę miesięcy temu, gdyby ktoś mnie spytał jak to jest być pośrodku niczego, odpowiedziałbym pojedź na Saharę. Dziś wiem, że nawet na pustyni można żyć, jeśli tylko znajdzie się tam coś, na czym można zarobić. Ludzka pomysłowość chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Opuściliśmy Adelajdę i „nasz” piękny apartament nad brzegiem oceanu. Ponownie ruszyliśmy w drogę, żeby pokonać ponad 2500 km i  odkryć Australię Zachodnią.

18 styczeń – 7 luty 2016

Port Augusta

Miasta, w których nic nie ma są naszym przeznaczeniem. Nie chcemy się spieszyć z dojazdem do Perth, no bo akurat czasu mamy pod dostatkiem. Na naszej trasie wybieramy Port Augusta – miasto, z którego rozchodzą się drogi w każdą stronę. Dzięki Couchsurfingowi poznajemy Stuarta i nasz jednodniowy pobyt zmienia się w pięć dni pełnych wrażeń i zwiedzania. Sam Port Augusta nie należy do zachwycających. Poza spacerowaniem, ładną plażą, na której trzeba uważać na rekiny, można zapoznać się z Aborygenami. Na nasze szczęście nie mieliśmy z nimi żadnych problemów, jednak to dość przykre patrzeć jak oni teraz żyją. W dużym skrócie dostają dużo forsy od państwa, nie płacą za mieszkanie i całą zapomogę przepijają oraz przepalają. Nie ukrywam, że zderzenie dwóch, różnych kultur, jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Podobne przemyślenia towarzyszyły nam podczas całego spaceru przez miasto. Zwieńczeniem tego dnia była przygotowana przez Darię jagnięcina. Pierwszy raz w życiu piekła coś takiego i wiecie co? Wyszło coś przepysznego! Tego dnia nasze grono powiększyło się o koleżankę z Niemiec o imieniu Ruth. Jak się miało okazać, spędzimy we czwórkę następna kilka dni, ponieważ padła propozycja, aby pojechać do Coober Pedy. Nie było to naszym planem, ale kto nas zna, ten wie, że lubimy korzystać z takich okazji! No to w drogę. 🙂

G0052711.JPG


Miasto pośrodku niczego – Coober Pedy

Miasteczko słynące z wydobycia pięknych opali. Wiecie, że ponad 80% światowej produkcji opali pochodzi stąd? My nie wiedzieliśmy, dlatego ogromne połacie terenu pokryte małymi i dużymi kopcami z tysiącami otworów kopalnianych zrobiły na nas wrażenie. Tak właśnie wydobywa się opale, nie jest to skomplikowana technologia. Jej historia sięga 1915 roku i od tamtej pory niewiele się zmieniła. Polega to mniej więcej na tym, aby wykopać 10 metrowy dół o średnicy około metra, następnie za pomocą ogromnego odkurzacza wyciągnąć całą ziemię i przefiltrować w poszukiwaniu opali. Brzmi łatwo? Każdy może spróbować, licencja do nabycia u Australijskiego rządu. Mieliśmy okazję spotkać jedną ekipę zajmującą się szukaniem opali i dowiedzieliśmy się, że dzień ich pracy oraz działania sprzętu kosztuje 500 dolarów. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo, jest to pewnego rodzaju hazard, podobny do szukania złota.

DSC01663.JPG

Kolejną atrakcją, która nas spotkała w Coober Pedy, mieście „pośrodku niczego” to możliwość nakarmienia i pogłaskania… kangurów! To jest to o czym marzy chyba każdy przybywający do Australii. 🙂 Dzięki uprzejmości lokalnej parki, która zajmuje się porzuconymi lub chorymi torbaczami, można się z nimi bliżej zapoznać. Tym oto sposobem rozwiewam tajemnicę, jak udało się nam to zrobić. Nie jest to nic trudnego, wystarczy o określonej godzinie stawić się w Josephine’s Gallery. Nic to nie kosztuje, z dobrego serca można po prostu wesprzeć tych ludzi, szczególnie że robią to jako wolontariusze, państwo ich nie wspiera, wszystko płacą z własnej kieszeni. W tym momencie szkoda nam było, że Australijski rząd daje kasę Aborygenom na piwo i fajki, a ludzie ratujący porzucone na pastwę losu zwierzęta są pozostawieni sami sobie. Ciężko zrozumieć politykę.

DSC01589.JPG

Wyczekiwanym elementem naszego krótkiego pobytu było zaliczenie basenu. Nie ma nic przyjemniejszego niż w 46 stopniowym upale wskoczyć do zimnej wody! To co było bardzo fajne w Coober Pedy to mieszkanie pod ziemią. Gdy na zewnątrz upał, a ty wchodzisz do mieszkania i w środku magia! Jest dużo chłodniej niż na zewnątrz. Takie rzeczy tylko na pustyni. 🙂

G0252893.JPG

To nie wszystko co można robić pośrodku niczego. Czekała nas pierwsza wyprawa w Outback, zobaczenie pasma gór zwanych Breakaways (bardzo ważnych dla Aborygenów) oraz dwóch bliźniaczych gór o różnych kolorach – „Two Dogs”. Było to pierwsze miejsce, gdzie towarzyszył nam bardzo silny wiatr, rodem z otwartego i rozgrzanego piekarnika.

DSC01566.JPG

Gwoździem programu było zobaczenie słynnego „Dog fence”. Jest to nic innego jak płot chroniący owce we wschodniej Australii przed psami dingo przychodzącymi z północy i zachodu. Nie robi on wielkiego wrażenia dopóki człowiek nie uświadomi sobie, że ten płot ma ponad 5300 kilometrów długości! Dla pojęcia sobie skali tego zjawiska wyobraźcie sobie, że Polska ma 3511 kilometrów obwodu. Tym płotem okrążylibyście Polskę 1,5 raza. 🙂 Taka ciekawostka z Australii.

g0202831.jpg

Czas pożegnać się z Coober Pedy. Po drodze do Port Augusty nie ma prawie nic, tylko stacje i pustynia, która wraz z upływem kilometrów w stronę południa zmienia się w coraz przyjaźniejszy teren.

DSC01668.JPG

Flinders Ranges, czyli w sercu Australii

Przypadek? Nie sądzę! Następnego dnia wczesnym rankiem znów zabieramy się ze Stuartem w trasę, tym razem w głąb pasma górskiego Flinders Ranges. Pierwszy przystanek to malutka i przytulna mieścina o wdzięcznej nazwie Quorn. Słynie z zabytkowej kolejki na parę, która pokonuję trasę przez góry do Port Augusty. Niestety, ze względu na korzystanie z tzw. otwartego ognia kolejka zamknięta jest latem. Nie ukrywam, że trasa, którą pokonuje jest przepiękna! Kto wie, może następnym razem zaliczymy Pichi Richi Railway. 🙂

G0022961.JPG

Całe pasmo górskie Flinders Ranges będzie nam się nieodzownie kojarzyć z Australią. Piękna mieszanka lasów z polami i łysymi górami, a na drodze mnóstwo zwierząt, takich jak kangury czy emu.

Do Perth poproszę!

Czasami bywa tak, że podoba nam się z kimś lub w jakimś miejscu, ale po pewnym czasie czujemy, że musimy się ruszyć. Tak było i w tym przypadku. Choć mieliśmy propozycję zobaczyć Port Lincoln i okolicę, niestety musielibyśmy poczekać parę dni, więc zrezygnowaliśmy i w końcu w drogę! Nie ma co się oszukiwać, Australia jest ogromna i wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z odległości, gdy tu przyjeżdżają. Spotkaliśmy się z dość niepoważnymi pytaniami, gdy turyści chcieli dojechać z Sydney do Perth w jeden dzień. Da się, ale samolotem… Jak zawsze przy większych odległościach zaczynamy z samego rana. Brak ruchu na drodze nie był najlepszym motywatorem, ale jak zawsze, nie poddajemy się. Dopiero po trzech godzinach łapiemy podwózkę. Stety czy nie, tylko na 300 kilometrów, ale lepsze to niż nic! Lądujemy w środku miasteczka (bo tylko tam był cień) i przychodzi nam tym razem czekać sześć godzin. Wiedzieliśmy, że to będzie długi dzień. Na stacji benzynowej Darii udaje się znaleźć jednego starszego pana, który jedzie do Perth i przygarnie nas w swojej dalekiej podróży! Ale byliśmy szczęśliwi. Auto niemiłosiernie zawalone wszelkiej maści gratami i sprzętem kempingowym, ale nie to było najważniejsze. W końcu udało się, ruszamy do stolicy Zachodniej Australii! Po drodze musieliśmy spędzić jedną noc na dziko, pod namiotem, a cały następny dzień spędziliśmy w samochodzie. Jedyną ciekawą rzeczą po drodze był przejazd po najdłuższej prostej w Australii. 146 kilometrów bez żadnego zakrętu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz jechałem 18 godzin, tylko z kilkoma krótkimi przerwami na siku i tankowanie. Zdecydowanie to była bardzo długa podróż.

G0022990.JPG

Pobyt w Perth i wizyta na południu

Lądujemy po jedenastej w nocy u przemiłej parki – Charlotte i Richarda, którzy czekali na nas, aż bezpiecznie dotrzemy do ich domu. To u nich zaczyna się nasza niezwykła przygoda i znajdujemy miejsce, które teraz możemy nazwać przyjazną oazą. Następnego dnia z rana poznajemy całą rodzinkę, czyli trójkę wesołych dzieciaków, z którymi udaje się nawiązać nić porozumienia. 🙂

G0123092.JPG

Nie zapominamy po co tu jesteśmy, w końcu jak na turystów przystało, trzeba zwiedzić miasto. Trafiamy na Australia Day, czyli wielkie obchody coś jak naszego Święta Niepodległości. Mnóstwo ludzi, atrakcji dla dorosłych i dzieci, ale przede wszystkim ogromny i bardzo długi (aż 30 minut) pokaz sztucznych ogni. To jest to co lubimy!

DSC01805.JPG

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wstąpili na tutejszą plażę.  Bardzo nam się podobało. Widzicie tą czystą wodę? Chociaż niewielkie fale nie pozwalały na wodne szaleństwo, mieliśmy niezłą frajdę.

GOPR3051.JPG

Po kilku dniach spędzonych z australijską rodzinką przyszedł czas na zmianę miejsca pobytu. Pierwszy raz w naszej podróży mamy trafić pod dach pary Polaków mieszkających już od ponad 30 lat w Perth. Nie będę ukrywał, zawsze mamy obawy i podchodzimy z dystansem do propozycji noclegów u znajomych znajomego. Cóż bardziej mylnego! Nasze obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Sabina i Bronek ugościli nas typowo po polsku, czyli wszystkim czym mieli. Pierwszy raz od ponad dwóch miesięcy mogliśmy zjeść przepyszny placek drożdżowy czy po prostu ziemniaczki z kotletem panierowanym, pychotka! Co jak co, ale za polską kuchnią będziemy tęsknić. 🙂 Dzięki uprzejmości Sabiny i Bronka mogliśmy spokojnie raz jeszcze zwiedzić miasto, pojechać do Fremantle, pięknej części portowej Perth czy zobaczyliśmy sztukę „Wielebni” autorstwa Mrożka w wykonaniu polaków, amatorów, co było naprawdę super! Bronek chciał również zabrać nas na Pinnacles Desert. Całą drogę padał ulewny deszcz, a jakieś 15 kilometrów przed naszym miejscem docelowym okazało się, że droga jest zamknięta z powodu pożaru. Trochę nas zdziwiło, że leje tak, że od 31 lat ludzie nie widzieli takiego deszczu w środku lata. Niestety, musieliśmy wrócić do domu. Tym razem nieokiełznana natura nas pokonała .

G0133103.JPG

W niedzielę Daria poszła do polskiego kościoła wraz z naszymi gospodarzami, a ja zająłem się naszymi zaległymi sprawami. Po południu odbyły się 88 urodziny mamy Sabiny, co dało nam okazję do poznania ich znajomych mieszkających w Perth. Dziwnie się słucha i mówi po polsku po drugiej stronie świata, ale bardzo miło to wspominamy. 🙂

Poniedziałkowy poranek dał nam małą zmianę klimatu podróży, ponieważ postanowiliśmy wypożyczyć samochód, aby zwiedzić część kraju na południe od Perth. Zobaczyliśmy najdłuższe molo i najwyższą latarnię w Australii. Spędziliśmy noc w „naszej” małej Toyocie Corolli w Auguście. Kolejne dni były też pełne atrakcji, wspięliśmy się na 75 metrowe drzewo – Bicentennail Tree, zwiedziliśmy Pemberton, wypiliśmy tam kawę w najlepszej kawiarni w południowej części Zachodniej Australii, zobaczyliśmy wodospad kaskadowy i przespacerowaliśmy się po Parku Narodowym Warren. W sumie przez trzy dni zrobiliśmy prawie tysiąc kilometrów.

DSC02055.JPG

Po powrocie do Perth nie chcieliśmy nadużywać gościnności Sabiny i Bronka, więc zostaliśmy ponownie przyjęci z otwartymi ramionami w domu Charlotte i Richarda. Dzieciaki bardzo ucieszyły się na nasz widok, my również i resztę dnia spędziliśmy na chłodzeniu się w basenie i popijaniu zimnego piwa.

Dobrym początkiem naszego weekendu było zgłoszenie się na regaty żeglarskie w Mandurah. Ja Cię kręcę, dawno się tak nie cieszyłem! Daria znalazła ogłoszenie na Gumtree, że jedna ekipa szuka uzupełnienia załogi. Takie rzeczy nie zdarzają się dwa razy, więc zgodnie z naszą filozofią postanowiliśmy skorzystać. Nie żeglowałem od dłuższego czasu i nigdy wcześniej na oceanie, to był nasz wspólny pierwszy raz. Nie zawiedliśmy się, pogoda dopisała, było gorąco i wietrznie. Pływanie na burcie z wodą przelewającą się przez jacht, fale moczące całą załogę i ten uśmiech na twarzach wilków morskich. To była odlotowa zabawa, mam nadzieję, że uda nam się ją powtórzyć!

G0033239.JPG

Dzięki życzliwości goszczącej nas rodziny, mogliśmy pożyczyć samochód i w końcu zobaczyć Pinnacles Desert. Formy z kamienia wapiennego naprawdę robią wrażenie. Nie na darmo nazywane to jest pustynią. Temperatury tam panujące przypomniały nam przygodę w Coober Pedy.

G0093281.JPG

Cały czas jesteśmy pod wielkim wrażeniem obu rodzin, które nas przyjęły w Perth. To było naprawdę pouczające i miłe doświadczenie. Podziwiany Sabinę i Bronka za ich pasję podróżniczą – pokonali już trzy bardzo długie trasy (każda po około 15000 kilometrów!) po Australii i planują dalsze wojaże swoim 4×4. Dziękujemy im za każde dobre słowo i całą pomoc jaka nam okazali, są niesamowitymi ludźmi z bardzo ciekawą historią życia.

Tak samo z Charlotte i Richardem. Podziwiamy jak potrafią wspólnie żyć. To było coś przemiłego patrzeć jak cała rodzinka wspólnie się bawi, czy to przed TV, czy w basenie i mimo różnic wieku nie było między nimi konfliktów. Również styl życia obu rodzin bardzo się nam podobał. Wyluzowani, z australijskim podejściem do świata i polityki, chciałoby się rzec „no worries”!

Aktualnie jesteśmy w Bridgetown i zmierzamy w kierunku południowego wybrzeża. Ale o tej przygodzie następnym razem. Miłego dnia asy!

Po więcej zdjęć zapraszamy serdecznie do naszej galerii oraz przypominam o najnowszym filmie własnej produkcji, właśnie z tego okresu czasu. 🙂

Zapraszamy serdecznie do subskrypcji naszego bloga (panel po prawej stronie) oraz kanału na youtube!

Kilka praktycznych informacji:

– W Coober Pedy można nakarmić kangury w Josephine’s Gallery za darmo;
– Dystans z Port Augusta do Perth to prawie 2400 km, warto zaplanować to na dwa dni;
– Wstęp na Pinnacles Desert to 12$ za auto;
– Wstęp do wielkiej Mennicy Perth to 19$ za dorosłego (można zobaczyć największą monetę na świecie, wykonaną z tony czystego złota!);
– Pamiętajcie, że w Australii jeździ się po lewej stronie, co niektórych może zaskoczyć. Kwestia kilkudziesięciu (lub kilkuset) kilometrów, aby się przyzwyczaić;
– Wypożyczenie auta w firmie „No birds” w porównaniu z innymi standardowymi wypożyczalniami wychodzi całkiem tanio. Przy wypożyczeniu auta na tydzień płaci się 25$/dzień, plus niestety dla Polaków dodatkowe 8$ za posiadanie zagranicznego prawa jazdy;
– W Perth w weekendy i wakacje można kupić bilet rodzinny za 12,10$ na komunikację miejską. Od dwóch do nawet siedmiu osób, ale tylko dwie mogą być na „pełnej” taryfie (czyli 2 dorosłe i np. 5 dzieci 🙂 ). Opłaca się to nawet przy dwóch osobach, jeśli się dużo jeździ. Dla przykładu najtańszy bilet, ważny 2h kosztuje 3$;
– Przy dłuższym pobycie w Perth warto przemyśleć zakup komunikacji miejskiej;
– W centrum Perth istnieje sieć darmowych autobusów (szary kolor);
– W Perth jest bardzo duża społeczność Polska, więc jeśli ktoś jest w potrzebie to może łatwo znaleźć polski kościół, obejrzeć sztukę teatralną w języku polskim czy po prostu spotkać się z rodakami. 

Piotrek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow