Australian dream!

Od przywitania roku 2016 w Sydney, do pięknych wakacji nad oceanem w okolicach Adelajdy, minęło pół miesiąca. Zdążyliśmy zobaczyć najsłynniejsze na świecie fajerwerki, spotkać kolejnych fajnych Polaków i spędzić ‚tydzień słodkości’ z Agnieszką w Melbourne. Zamieszkaliśmy w apartamencie z widokiem na ocean w Australii Południowej i zyskaliśmy nowych przyjaciół i opiekunów, którzy zawsze nam pomogą w razie potrzeby.

Australia, 1-17 stycznia 2016

Nowy rok przywitany w silnym, polskim gronie

Będąc w Australii nie mogliśmy nie zobaczyć pokazu fajerwerków przy operze w Sydney. Dla miasta to ogromne przedsięwzięcie. Wyznaczane są obszary, do których wpuszcza się ograniczoną liczbę osób. Żeby dostać się do środka i zająć dobre miejsce, tłumy ludzi czekają już od rana. Sylwestrową noc spędziliśmy w wybornym, polskim towarzystwie. Byli z nami Adam i Asia, którzy towarzyszyli nam od dłuższego czasu, przyjechała do nas Agnieszka, którą poznaliśmy w Melbourne.  Naszą paczkę zasilili również Irmina, Paweł, Tomek, Magda i jej mama Maryla. To oni uświadomili nam, że musimy być na miejscu już od rana, bo około południa bramki wejściowe są zamykane.

O 21.00 odbył się pierwszy pokaz sztucznych ogni, a o północy drugi. Oba zrobiły na nas ogromne wrażenie. Nie ukrywam, że głównie zależy ono od miejsca, w którym się stoi. Piękny widok mogą zepsuć otaczające drzewa. Fajerwerki dały mi dużo radości, a jeszcze więcej to, że mogliśmy się wszyscy szczerze przytulić i złożyć życzenia dotyczące dalszej podróży.

Nowy Rok w Sydney

Autostopem na trasie Sydney – Melbourne po raz drugi

3 stycznia pożegnaliśmy się z Asią i Adamem, którzy za kilka dni mieli opuszczać Australię i lecieć do Nowej Zelandii. Tego samego dnia powitaliśmy Tai – naszą bohaterkę, która zostawiła nam swoje mieszkanie w Sydney. Zostaliśmy z nią do następnego dnia i ruszyliśmy w dalszą drogę do Melbourne. Po raz drugi startowaliśmy z tej samem stacji benzynowej. Czekaliśmy kilka godzin, ale opłacało się, bo zabrał nas ze sobą Bob, którego bardzo polubiliśmy. Chociaż ciężko było rozmawiać w huczącym tirze, chyba też nas polubił, bo zabrał nas na obiad i zawiózł w nocy pod sam dom Agnieszki, u której spaliśmy. Pożegnał nas wymownym, głośnym klaksonem. Do tej pory jesteśmy z nim w kontakcie.

Melbourne

Każde wydarzenie w naszej podróży wywołuje kolejne, niczym lawina. Będąc w Melbourne za pierwszym razem, poznaliśmy Agę, u której nocowali Asia z Adamem. Aga odwiedziła nas w Sydney na Sylwestra (pierwszy raz jechała autostopem), a później ugościła nas u siebie w Melbourne. Nie możemy się nadziwić jaka z niej odważna dziewczyna! Do tego cudownie gotuje i piecze. To był czas słodkich przyjemności. Na stole pojawił się nawet polski budyń.

Melbourne mogliśmy zwiedzić rowerami. Byliśmy w porcie jachtowym, przejechaliśmy przez ogród botaniczny, który w upalnym słońcu wyglądał cudnie. Była sobota, więc mnóstwo rodzin wybrało się na piknik. Odwiedziliśmy też Australian Centre For Moving Image, czyli interaktywne muzeum przedstawiające historię kinematografii i gier komputerowych. Aga mieszka niedaleko wybrzeża, więc udało nam się w końcu zobaczyć małe pingwiny wracające na ląd przy zachodzie słońca. Również udaliśmy się do kina, aby w końcu zobaczyc najnowsza część Gwiezdnych Wojen! Piotrek był w siódmym niebie. 🙂

pingwin wracający do domu

Będąc w Melbourne, usłyszałam od mamy w rozmowie telefonicznej, że my to właściwie nie jesteśmy w podróży. Przecież po prostu sobie żyjemy, tylko stosunkowo często zmieniamy miejsce zamieszkania. Poza tym jemy, sprzątamy, robimy zakupy, pierzemy, gotujemy, czytamy, śpiewamy, spotykamy się z ludźmi. Lubimy się zatrzymać na dłużej w jednym miejscu, lubimy też te emocje, kiedy znowu ruszamy w drogę.

Christies Beach – nasze wakacje pod palmami

G0042707.JPG

Po tygodniu spędzonym z Agą w Melbourne nadszedł czas na Adelajdę. Dużo radości dało nam kolejne łapanie stopa. Nie było łatwo w około 40 stopniowym upale. Zmierzaliśmy do Christies Beach, na południowych przedmieściach miasta, gdzie czekał na nas couchsurfingowy gospodarz – Oli. Pisząc tą relację właśnie siedzimy w jego pięknym apartamencie, gdzie zamiast muzyki słychać szum oceanu. Ludzie mieszkają w tak cudownych miejscach. Wydawałoby się, że tylko w drogim hotelu, który wykupujemy na tydzień wakacji w ciepłych krajach można przesiadywać na tarasie, patrzeć na zachód słońca i morze jednocześnie. Oli to trzydziestolatek, który prowadzi bardzo zdrowy tryb życia. Zaraził nas tym na te kilka dni i pokazał, że można jeść smacznie, zdrowo i nie obżerać się niepotrzebnymi dodatkami. Bardzo mi się to podoba i wcale nie jest to takie trudne. Wyeliminowanie chleba z diety chociaż na kilka dni dało mi dużo lekkości i zadowolenia z siebie 🙂

Oli to mądry chłopak, dlatego bardzo swobodnie nam się z nim rozmawia. Chociaż nie ma dla nas dużo czasu, zawsze poświęca dla nas chwilę wieczorem i podczas posiłków. Prowadzi własny biznes i pracuje w domu. Jego motywacja do pracy w domu jest niesamowita.

Pierwszego dnia pobytu postanowiliśmy pojechać do centrum Adelajdy. Zabrało nas na stopa starsze małżeństwo – Helen i Stephen, którzy umówili się z nami na spotkanie na kolejny dzień. Zachwyciliśmy się ich młodością ducha. Po prostu biła od nich taka radość życia i mieli tyle do opowiadania. Chociaż są już na emeryturze, nie nudzi im się w ogóle. Zgodnie z umową, zabrali nas następnego dnia na wycieczkę na południe półwyspu Fleurieu. Wybrzeże jest cudowne. Najpięknejsze było to, jak Helen i Stephen zachwycili się widokami po raz kolejny. Są tubylcami, a mimno to wciąż cieszy ich piękno Australii. Razem pojechaliśmy w okolice Victor Harbor, gdzie po raz pierwszy spróbowaliśmy ‚meat pie’, popularnej w Australii babeczki z mięsem. Do tego delikatny sernik, kawa z mlekiem i byliśmy w niebie. Po południu małżeństwo zaprosiło nas do siebie na herbatę i Helen odwiozła nas do domu. Nigdy się nie dowiemy, co sprawia, że ludzie są dla nas tacy dobrzy. Przecież czas jest bezcenny w obecnym świecie, poświęcenie go dla kogoś obcego to majątek.

G0062625.JPG

Mieszkając dwa kroki od plaży nie mogliśmy nie sprawdzić wody. Oli jest ratownikiem wolontariuszem, więc czuliśmy się bezpiecznie. Dowiedzieliśmy się, że w całej Australii ratownicy pracują dobrowolnie, bez wynagrodzenia. To niewiarygodne, taka odpowiedzialność. W takich momentach zawsze automatycznie przychodzi nam do głów porównanie, jak to jest w Polsce.

Jednego popołudnia Oli zabrał nas na kawę do swoich rodziców w Glenelg. To turystyczna dzielnica, ale bardzo urokliwa. Wielką niespodzianką były dla nas odwiedziny w polskiej kawiarni, gdzie na ścianach wisiały wielkie fotografie z Poznania. Cały czas mam sentyment do tego miasta po 5 latach studiów. Zobaczyć koziołki na końcu świata – bezcenne!

DSC01488.JPG

Z pozdrowieniami dla męża, Daria

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow