Australia Zachodnia – południowe wybrzeże wygrywa

Południowe wybrzeże Australii Zachodniej słynie z najpiękniejszych plaż i urokliwych, wakacyjnych miasteczek. Sprawdziliśmy sami czy warto zboczyć z głównej drogi. Dzięki temu udało nam się zobaczyć różowe jezioro, mieszkać na ranczu i jeździć konno, przejechać rowerem 40 kilometrów, wspinać się na skały jak małpki, spędzić noc u filipińskiego księdza, łowić kałamarnice i złapać stopa na 2400 kilometrów.

8 luty – 1 marca 2016

Nasza trasa

Bridgetown

Bridgetown to mała mieścina, w której życie toczy się wzdłuż jednej, głównej ulicy. Gościła nas tam Belinda – Chilijska nauczycielka muzyki. Wszystko w jej domu było całkiem normalne oprócz tego, że trzymała w domu dwie kolorowe, wolno latające papugi. Każdy by się zachwycił kolorowymi piórkami, ale to nic fajnego jak wdrapują Ci pazury w ramię, siadają na włosach, wszystko liżą i robią wokół siebie mnóstwo hałasu. Nie powiem czego jeszcze.

Denmark

Mimo znikomego ruchu drogowego i kilkakrotnych przesiadek, udało nam się szczęśliwie dotrzeć do Denmark. Niestety, w jednym z aut zostawiłam kapelusz, który już nie raz uratował mnie od australijskiego, palącego słońca. Szczerze, nie lubiłam go zbytnio, więc nie jest mi szkoda 😉

W Denmark przyjął nas u siebie Jason – pracownik kontroli podatkowej. Dzięki jego uprzejmości mogliśmy pożyczyć rowery i śmigać nimi po całej okolicy. Poprzeczkę postawiliśmy sobie wysoko, bo zaplanowaliśmy 40 kilometrową przejażdżkę szlakiem rowerowym. Pierwsze 12 kilometrów jedzie się betonową ścieżką rowerową albo asfaltową drogą. Później trasa zmienia się w terenową, do której jeden z naszych miejskich pojazdów nie był przygotowany. Trudy jazdy wynagrodziły piękne widoki. Jako pierwszą odwiedziliśmy plażę Lights Beach, później Greens Pool, gdzie kąpiel w lodowatej, przeźroczystej wodzie dała nam dużo krzepy do dalszego pedałowania. Z plaży przegoniły nas wielkie, czarne chmury, więc w lekkim deszczu pomknęliśmy w dalszą drogę. Czasem w górę, czasem w dół, motywacji dodawała nagroda – wizyta w Bartholomews Meadery, wytwórni miodowego wina, gdzie produkują też miodowe lody. Pychotka. Ostatnie 15 kilometrów jechaliśmy już główną drogą krajową. Deszcz zamazywał nam okularnikom nasze szkiełka, ale nie poddawaliśmy się. Z wielką zawziętością spinaliśmy nasze nogi do wysokich podjazdów pod górkę i do szybkich zjazdów z górki, aby nabrać prędkości na gorsze czasy. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Satysfakcja po takiej przejażdżce – bezcenna!

DSC02145.JPG

W okolicach Denmark odwiedziliśmy także Valley Of The Giants z Tree Top Walk, czyli atrakcją dla lubiących popatrzeć na świat z góry. Tree Top Walk to przygotowana konstrukcja, most, biegnący ponad koronami drzew, około 40 metrów nad ziemią. Zbudowano go, żeby chronić bardzo stare drzewa przed zniszczeniem. Według mnie, taki spacer nie jest wart swojej ceny (19 dolarów / osobę), ale niektóre rzeczy robi się po prostu raz w życiu!

G0033392.JPG

Ciekawy był za to spacer po lesie, tuż obok Tree Top Walk, gdzie dzięki tabliczkom informacyjnym można nauczyć się rozpoznawać pewne gatunki roślin lub ptaków. Niektóre drzewa były tak ogromne, że wewnątrz pnia zmieściłoby się swobodnie 10 osób. Skąd taka miara? Wiele z nich było wypalonych w środku przez pożar. Zewnętrzna warstwa przetrwała, więc drzewa nadal żyją.

G0043405.JPG

Jason zabrał nas także do Circular Pools, gdzie nad szumiącą rzeką można poczuć radość obcowania z naturą, bez miastowego hałasu. Miejsce to słynie z piany, podobnej do tej podczas kąpieli w wannie. Woda wypłukuje minerały z okolicznych skał i z powodu pewnego składnika oraz kaskadowego opadania wody, powstaje biała piana.

DSC02247.JPG

Warto było też wdrapać się na Monkey Rock, niewysoką skałę, z której obserwować można całą okolicę.

DSC02264.JPG

Albany

Albany to najstarsza osada Australii. Jest małym miastem, do którego zjeżdża mnóstwo osób na wakacyjny odpoczynek. Głównie są to Grey Nomads (siwi nomadzi), czyli emeryci mający dużo wolnego czasu i pieniędzy, podróżujący kamperem albo z przyczepą kempingową. Zaznaczam, że nie są to wyjątki, większość starszych ludzi tak spędza czas po skończeniu życia zawodowego.

Pierwszą noc w Albany spędziliśmy na Emu Point, malowniczym cypelku we wschodniej części miasta. Jest tam pole kempingowe, głównie dla kamperów, ale w Australii nie pytamy nawet o cenę noclegu. Spytaliśmy pewną niemiecko – australijską rodzinę czy możemy rozłożyć namiot na ich działce, za domem. Na początku nie byli zbyt chętni, bo wynajmowali go tylko na kilka dni na wakacje i nie wiedzieli czy powinni. Jak tylko odchodziliśmy, zawołali nas z powrotem. „Co nam szkodzi, chodźcie!”. Dziadek rodziny był zdumiony jak to możliwe, że tak podróżujemy. Nie mógł powstrzymać radości. Rano obudził nas z niespodzianką. „Otwórzcie trochę namiot” – powiedział i wcisnął 50 dolarów życząc dobrego śniadania. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, myślałam, że wsuwa nam kawałek chleba. 🙂 Na pewno prezent został właściwie wykorzystany na dobre jedzonko, bo to nasz główny wydatek w podróży.

1Zamiast zwiedzać muzea wolimy otaczać się przyrodą, więc kolejnego dnia pojechaliśmy w okolice Frenchman Bay, na półwysep położony na południe od Albany. Autostopowy kierowca zawiózł nas do Whaling Station – już nieczynnej stacji połowu wielorybów. „I co dalej? ” – zapytał ze zdziwieniem kierownik centrum informacji, kiedy zobaczył nas z wielkimi plecakami wyjętymi z auta. Krótko powtórzyliśmy przebieg naszej podróży i powiedzieliśmy, że chcemy przejść się po okolicy. Bez naszej prośby kierownik sam zaproponował, że możemy zostawić u niego plecaki. To daje nam prawdziwą wolność. Bez nich mamy cały dzień na maszerowanie, zanim nadejdzie czas na znalezienie miejsca do spania.

DSC02326.JPG

Idąc wzdłuż ulicy, nawet nie łapiąc stopa, zobaczyliśmy zatrzymujący się samochód. „Potrzebujecie podwózki?” – zapytała starsza pani. Pewnie!

Parka siwych nomadów zabrała nas ze sobą i razem z nimi zwiedziliśmy wszystkie miejsca, które mieliśmy zaznaczone na mapie plus te, o których wiedzieli oni, a my nie. Małżeństwo podróżuje z przyczepą kempingową, która jest prawdziwym, luksusowym domem. Jest ogromna, ma dużą kuchnię z piekarnikiem i gazówką, pralkę, prysznic, telewizor. Jednym słowem marzenie! Na daleką przyszłość oczywiście, bo teraz kocham nasz sposób podróżowania. Od dziadków usłyszeliśmy ciekawostkę, że nocują na kempingu, za który nie płacą, jednak w zamian, codziennie, przez dwie godziny muszą odstraszać ptaki od drzew owocowych. Taka praca im przypadła. Dla zainteresowanych, kemping znajduje się gdzieś w okolicach Denmark.

DSC02336.JPG

Tej nocy spytaliśmy w mieście księdza czy możemy rozłożyć namiot obok jego domu. Zgodził się, ale kiedy już mieliśmy zacząć, wrócił do nas i zaprosił do środka. „Właściwie to mam pokój wolny, chodźcie”. To było ciekawe spotkanie, bo jako pierwsza osoba, ksiądz nie zapytał nas o nic, ani kim jesteśmy, ani o naszą podróż. Po prostu pokazał nam łóżka, łazienkę i zobaczyliśmy się dopiero rano mówiąc do widzenia.

Esperance

Po kilku minutach obserwacji drogi prowadzącej z Albany w stronę Esperance jasne było jedno. Łatwo nie będzie. Prawie nikt nie jedzie, a słońce praży pełną mocą. Pierwsze o co musieliśmy zadbać to napełnienie naszego baniaka wodą. Szłam z nim właśnie na stację benzynową, kiedy zatrzymał mi się przed nosem kolorowy van, z którego wysiadła dziewczyna zadając mi pytanie, którego zupełnie nie mogłam zrozumieć. Wyłapałam jednak najważniejszą informację. „Jedziesz do Esperance, tak? Możemy jechać z Tobą?” Tak poznaliśmy Erin, 29-letnią dziewczynę pełną energii, która z każdym kolejnym zamienionym zdaniem jeszcze bardziej okazywała się być naszą bratnią duszą. Po skończeniu studiów miała dobrą pracę, niekoniecznie zgodną z wykształceniem. Nie miała żadnego problemu z zostawieniem jej po uzbieraniu potrzebnej kwoty na podróż po Azji. Od tamtej pory na zmianę podróżuje i pracuje albo stara się robić to jednocześnie. Tak samo jak my uważa, że warto kolekcjonować wspomnienia, a nie przedmioty. To miłe uczucie utwierdzić się w tym, że kariera to nie wszystko. Erin wcale nie powiedziała, że będzie prowadzić taki styl do końca życia. Oczywiście myśli o poważnej pracy, ma pomysły na biznes, ale wie, że na to przyjdzie odpowiedni czas.

G0103581.JPG

Przyjemna przejażdżka skończyła się w Esperance. My zostaliśmy, Erin pomknęła dalej, bo przed nią jeszcze długa droga do Adelajdy.

Był już wieczór, więc zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Zanim jednak rozłożyliśmy swój przenośny dom, zjedliśmy kolację nad brzegiem oceanu. Właśnie w takich momentach doceniamy sposób w jaki podróżujemy. Nawet puszkowane jedzenie smakuje dobrze w takich okolicznościach. Chociaż nie śpimy w hotelu, nie mamy problemu z toaletą. Australia jest wyśmienicie wyposażona pod tym względem. Przy każdej plaży jest łazienka z prysznicem, czasem nawet z ciepłą wodą.

G0123593.JPG

Chociaż spanie na dziko jest pozytywną częścią naszej podróżniczej przygody, problem pojawia się, kiedy chcąc zwiedzać, mamy na plecach kilkunastokilowe obciążenia. Wiemy, że to kwesta praktyki, musimy nad tym dobrze popracować. Nie nad noszeniem, tylko szybkim znajdowaniem miejsca, w którym będą one bezpiecznie na nas czekały. Większość informacji turystycznych do tej pory odmawiała nam przechowania bagażu. „Podziękujcie terrorystom” – powiedziała raz miła pani w biurze w Albany.

Lucky Bay

Tym razem udało się jednak bez problemu. Z małymi plecakami mogliśmy pojechać do największej atrakcji w okolicy, czyli Parku Narodowego Cape Le Grande. Mogliśmy, ale nie dotarliśmy. Nie złapaliśmy stopa przez dwie godziny, po czym już nam się po prostu nie opłacało. Zmieniliśmy kierunek i łapaliśmy do Pink Lake, jeziora, które pod wpływem żyjących w nim alg, odpowiedniej temperatury i zasolenia zabarwia się na różowo. Podrzuciła nas tam miła pani, która po kilku zdaniach, bez zawahania zaprosiła nas do siebie na noc. Mogliśmy zostać ile chcemy. Marilyn to kolejna dobra dusza na naszej drodze, która otworzyła nam szeroko drzwi do swojego domu i kawałka życia. Mieszka w cudownym miejscu, na ranczu, z końmi, kotem, ptakami, które karmi codziennie. Jest bardzo pracowita. Pożyczyła nam auto, dzięki czemu mogliśmy odwiedzić w końcu Cape Le Grande z przepięknymi, wcale nie przereklamowanymi plażami (zdecydowanie polecamy!). Największą atrakcją jest Lucky Bay z plażą ocenioną jako najpiękniejszą w kraju, znaną na całym świecie.

U Marilyn zostaliśmy pięć dni i tak bardzo szkoda nam było wyjeżdżać. Specjalnie dla nas przygotowała swojego najlepszego konia do jazdy. Zatrzymać konia było dużo łatwiej niż kazać mu ruszyć. Nie chciało mu się wozić takich ciężkich tyłków. 😉

GOPR3795.JPG

Opuszczając Esperance miałam poczucie, że teraz przed nami już tylko powrót do miejsc, w których już byliśmy. Musieliśmy jeszcze raz przejechać Nullarbor, czyli najdłuższą prostą drogę na świecie, żeby dotrzeć do Adelajdy, a później do Melbourne, bo to nasz ostatni punkt podróży po Australii.

DSC02523.JPG

Tego dnia poszczęściło nam się bardzo, bo poznaliśmy samotnie podróżującego Bryana, który z chęcią przyjął nas do swojego auta. Razem jechaliśmy całe trzy dni, po czym Bryan stwierdził, że zmieni swoje plany i pojedzie z nami do Port Lincoln, który był naszym celem. Dzięki temu niesamowitemu spotkaniu uniknęliśmy zalania w namiocie, ponieważ Bryan zaprosił nas na jedną noc do jego przyczepy kempingowej. Tej nocy deszcz padał bardzo długo i naprawdę mocno. Sam Port Lincoln będziemy pamiętać z pięknych widoków i łowienia… Kałamarnic! Pierwszego wieczoru złowiliśmy dwie, drugiego dnia również dwie. Tym oto sposobem mieliśmy pyszną kolację, dosłownie złapaną własnymi rękami. 🙂

gopr3951.jpg

Po krótkiej wizycie w Port Lincoln pojechaliśmy razem dalej, do Adelajdy. Bryan zmieniał swoje plany dla nas, ale widocznie odpowiadało mu nasze towarzystwo, a jeszcze bardziej to, że Piotrek prowadził za niego przez te kilka dni. Razem zrobiliśmy 2400 kilometrów, co daje nam najdłuższy dystans osiągnięty z jednym kierowcą!

DSC02544.JPG

Adelajda

Będąc tu poprzednim razem, dzięki autostopowi, poznaliśmy cudowną starszą parę, Helen i Stephena, którzy od tamtej pory śledzili nasze codzienne poczynania. Zaprosili nas tym razem do siebie. Na nasze powitanie przygotowali tradycyjny australijski obiad – grillowane mięso. 🙂 Oczywiście Bryan był zaproszony razem z nami. Rano pożegnaliśmy naszego podróżniczego towarzysza, który samotnie ruszył w dalszą drogę na Tasmanię. Poznajemy na drodze mnóstwo osób. Z niektórymi nie jest nam przykro się rozstawać, z innymi wręcz przeciwnie.

Jeśli już mowa o przywitaniach i pożegnaniach. Dzisiaj spotkaliśmy się ponownie z Irminą i Pawłem, z którymi spędziliśmy sylwestra w Sydney. Niesamowita para wraca już pomału do Polski, ale jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że możemy z nimi spędzić trochę czasu. Sprawa potoczyła się dość zabawnie, ponieważ aktualnie śpią u Oliego, chłopaka, który przyjął nas ponad miesiąc temu, gdy my odwiedzaliśmy Adelajdę. Świat jest mały. 🙂

Aktualnie mieszkamy w domu Helen i Stephena, gdzie czujemy się jak u siebie. Traktują nas jak własne dzieci. Dzięki takim ludziom nie brakuje nam stałego miejsca. Jeśli chcemy, możemy wybyć na cały dzień (robiąc na przykład 12 kilometrowy treking w Deep Creek Conservation Park). Jeśli nie, możemy siedzieć w domu, odpoczywać, porządkować nasze rzeczy, prać i pisać notatki. Nie jesteśmy przecież non stop w drodze.

Daria

Wizualizacją tej relacji jest film na youtube oraz ostatnie 35 zdjęć w naszej galerii.

Miłego oglądania!

2 odpowiedzi do artykułu “Australia Zachodnia – południowe wybrzeże wygrywa

  1. Natka

    siemano asy! 😀
    To nie tak, że jak nie lajkuje was na facebooku, to się wami nie interesuje 😉 Zrobiłam sobie troszkę przerwy od social media (ale to mądrze brzmi) ale trochu mi zabrakło kontaktu z wami. Cudowny pomysł z tym samochodem i w ogóle świat ludzi kiwi <3 czekam na zdjęcie z ptasim symbolem Nowej Zelandii chociaż nie wiem czy o to nie jest ciężko bo jest chyba mocno zagrożony. Ale postarajcie się dorwać jakiegoś słodziaka – pogłaskać będzie bezcenne!
    Oczarował mnie kolor wody w Hokitika – jeśli wygląda w połowie tak magicznie jak na zdjęciu, to bajka!
    Mam takie małe marzeniątko, żeby się z wami spotkać jeszcze w waszej podróży 😉 Może się uda!
    Nie wiem jak wam mogłabym pomóc, ale jeśli coś mogłabym zrobić to na pewno złapiecie do mnie kontakt – na razie wysyłam szybkim łączem dobrej energii i buziaków :***

    1. swiatjestksiazka Autor

      Hej Naciuś! Jak nam miło to czytać, nie da się opisać. Mówią, że bez facebooka się nie da…a jednak 🙂 Mam nadzieję, że masz dzieki temu wiecej czasu. Zaraz Cie znajde gdzieś 🙂 A jeśli chodzi o marzenie, brzmi niesamowicie i nie jest ani trochę niemożliwe. Dziekujemy, że jesteś z nami cały czas. Buziaki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
YouTube
Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow